Czy należy bać się Boga?

Pwt 6,01 Takie są polecenia, prawa i nakazy, których nauczyć was polecił mi Pan, Bóg wasz, abyście je pełnili w ziemi, do której idziecie, by ją posiąść.

Pwt 6,02 Będziesz się bał Pana, Boga swego, zachowując wszystkie Jego nakazy i prawa, które ja tobie rozkazuje wypełniać, tobie, twym synom i wnukom po wszystkie dni życia twego, byś długo mógł żyć.

(Stary Testament – Księga Powtórzonego Prawa – Miłość Boga)

 

W książce „Przekroczyć próg nadziei” (1994), Jan Paweł II odpowiada na 35 pytań włoskiego pisarza, dziennikarza i publicysty katolickiego Vittoria Messoriego (rocznik 1941) na różne tematy, m.in. na temat bojaźni Bożej. Poniżej przytaczam dwa pytania i odpowiedzi na ten temat, s. 160-166.

 

Aby się nie lękać.

Pytanie 34.

Ojciec Święty sam wspomniał podczas naszej rozmowy, iż nieprzypadkowo swój pontyfikat rozpoczął od wezwania, które rozległo się i nadal rozlega w świecie szerokim echem: ,,Nie lękajcie się!” Czy Wasza Świątobliwość nie sądzi, że pośród możliwych interpretacji tego wezwania mogłaby się znaleźć również następująca: wielu ludzi potrzebuje dziś poczucia bezpieczeństwa, pragnie zachęty, by się ,,nie lękać” Ewangelii, wielu ludzi bowiem obawia się, że zbliżeniem do Ewangelii utrudnią sobie życie z powodu jej wymagań, w których widzą nie tyle wyzwolenie, co przygniatający ciężar?

Kiedy w dniu 22 października 1978 roku wypowiadałem na Placu św. Piotra słowa: ,,Nie lękajcie się!”, nie mogłem w całej pełni zdawać sobie sprawy z tego, jak daleko mnie i cały Kościół te słowa poprowadzą. To, co w nich było zawarte, pochodziło bardziej od Ducha Świętego, którego Pan Jezus obiecał Apostołom jako Pocieszyciela, aniżeli od człowieka, który słowa te wypowiadał. Jednakże z biegiem lat przypominałem sobie te słowa w różnych okolicznościach. Wezwanie ,,Nie lękajcie się!” musimy odczytywać w bardzo szerokim wymiarze. W pewnym sensie było to wezwanie pod adresem wszystkich ludzi, wezwanie do przezwyciężania lęku w globalnej sytuacji współczesnego świata, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, na Północy i na Południu. Nie lękajcie się tego, coście sami stworzyli, nie lękajcie się świata tych wszystkich ludzkich wytworów, które coraz bardziej stają się dla człowieka zagrożeniem! Nie lękajcie się wreszcie siebie samych!

Dlaczego mamy się nie lękać? Ponieważ człowiek został odkupiony przez Boga. Kiedy wypowiadałem te słowa na Placu św. Piotra, miałem już świadomość, że pierwsza Encyklika oraz cały pontyfikat musi być związany z prawdą o Odkupieniu. W tej prawdzie jest najgłębsza afirmacja owego ,,Nie lękajcie się!”: ,,Bóg umiłował świat — tak umiłował, że Syna swego Jednorodzonego dał” (por. J’3,’16). Ten Syn trwa w dziejach ludzkości jako Odkupiciel. Odkupienie przenika całe dzieje człowieka, również przed Chrystusem, i przygotowuje jego eschatologiczną przyszłość. Jest tym światłem, które ,,w ciemnościach świeci i żadne ciemności nie potrafią jej ogarnąć” (por. J 1, 5). Potęga Chrystusowego krzyża i zmartwychwstania jest zawsze większa od wszelkiego zła, którego człowiek może i powinien się lękać. I w tym miejscu trzeba raz jeszcze wrócić do Totus Tuus. W poprzednim swoim pytaniu mówił Pan o Matce Bożej na tle licznych objawień prywatnych, które mają miejsce zwłaszcza w ostatnich dwóch stuleciach. Ze swej strony powiedziałem, w jaki sposób nabożeństwo maryjne kształtowało się w dziejach mojego osobistego życia, poczynając od rodzinnego miasta, poprzez sanktuarium kalwaryjskie, aż do Jasnej Góry. Jasna Góra została wpisana w dzieje mojej Ojczyzny w XVII wieku jako swoiste: ,,Nie lękajcie się!” wypowiedziane przez Chrystusa ustami Jego Matki. Kiedy w dniu 22 października 1978 roku przejmowałem rzymskie dziedzictwo posługi Piotrowej, miałem z pewnością głęboko w pamięci przede wszystkim to polskie doświadczenie maryjne.

,,Nie lękajcie się!” mówił Chrystus do Apostołów (por. Łk 24, 36) i do kobiet (por. Mt 28, 10) po zmartwychwstaniu. Z tekstów ewangelicznych wynika, że nie było przy tym jego Matki. Mocna w wierze, ,,nie lękała się”. W jaki sposób Maryja uczestniczy w tym Chrystusowym zwycięstwie, o tym wiedziałem przede wszystkim z doświadczeń mego Narodu. Wiedziałem też z ust kardynała Stefana Wyszyńskiego, że Jego poprzednik, kardynał August Hlond, umierając wypowiedział te znamienne słowa: ,,Zwycięstwo, jeśli przyjdzie, przyjdzie ono przez Maryję”. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat mego posługiwania pasterskiego w Polsce byłem świadkiem, w jaki sposób te słowa się urzeczywistniały.

Wchodząc w sprawy Kościoła powszechnego, wraz z wyborem na Papieża przynosiłem z sobą przeświadczenie, że również w tym uniwersalnym wymiarze zwycięstwo, jeśli przyjdzie, będzie odniesione przez Maryję. Chrystus przez Nią zwycięży, bo chce, by zwycięstwa Kościoła w świecie współczesnym i przyszłym łączyły się z Nią. Miałem więc takie przeświadczenie, chociaż wówczas jeszcze bardzo mało wiedziałem o Fatimie. Przeczuwałem tylko, że jest tu jakaś ciągłość, poczynając od La Salette, Lourdes, aż do Fatimy. A głęboko w przeszłości — nasza polska Jasna Góra.

I oto przyszedł 13 maja 1981 roku. Kiedy zostałem ugodzony kulą zamachowca na Placu św. Piotra, także nie uświadamiałem sobie, że jest to właśnie ów dzień, kiedy Maryja objawiła się trojgu dzieciom w portugalskiej Fatimie i miała wypowiedzieć do nich słowa, które z końcem stulecia zdają się przybliżać do swego wypełnienia.
Czy poprzez całe to wydarzenie jeszcze raz Chrystus nie wypowiedział swojego: ,,Nie lękajcie się!”? Czy nie wypowiedział tych paschalnych słów i do Papieża, i do Kościoła, a pośrednio do całej rodziny ludzkiej?

Słowa Chrystusa zmartwychwstałego: ,,Nie lękajcie się!”, są nam potrzebne pod koniec drugiego milenium może bardziej niż kiedykolwiek. Są potrzebne człowiekowi, który również i po upadku komunizmu nie przestał się lękać i ma do tego liczne powody. Słowa te są potrzebne narodom, tym narodom, które odrodziły się po upadku komunistycznego imperium, ale i tym, które w tym doświadczeniu biorą udział raczej z zewnątrz. Słowa te są potrzebne wszystkim ludom i narodom całego świata. Trzeba, ażeby wracała do ich świadomości ta pewność, że istnieje Ktoś, kto dzierży losy tego przemijającego świata, Ktoś, kto ma klucze śmierci i otchłani (por. Ap 1, 18), Ktoś, kto jest Alfą i Omegą dziejów człowieka (por. Ap’22,’13), zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych. A ten Ktoś jest Miłością (por. 1 J 4, 8. 16), Miłością uczłowieczoną, Miłością ukrzyżowaną i zmartwychwstałą, Miłością stale obecną wśród ludzi. Jest Miłością eucharystyczną. Jest nieustającym źródłem komunii. On jeden ma pełne pokrycie dla słów: ,,Nie lękajcie się!”

Mówi Pan, że człowiek współczesny z trudem nawraca się do wiary, ponieważ przerażają go wymagania moralne, jakie wiara przed nim stawia. I to jest w pewnej mierze prawda. Ewangelia z pewnością jest wymagająca. Wiadomo, że Chrystus nigdy nie łudził swoich uczniów i słuchaczy co do tego. Wręcz przeciwnie, bardzo stanowczo ich przygotowywał na wszelkiego rodzaju trudności od wewnątrz i od zewnątrz, zawsze liczył się z tym, że mogą odejść. Jeżeli ten sam Chrystus mówi: ,,Nie lękajcie się!”, to z pewnością nie mówi tych słów po to, ażeby w jakiś sposób unieważnić swoje wymagania. Wręcz przeciwnie, tymi słowami potwierdza całą prawdę Ewangelii i wszystkie wymagania w niej zawarte. Równocześnie jednak ujawnia, że wymagania te nie są ponad miarę możliwości człowieka. Owszem, jeżeli człowiek je przyjmuje w duchu wiary, to wówczas znajduje w Bogu także tajemnicze siły do tego, ażeby im sprostać. Świat jest pełen dowodów tej zbawczej i odkupieńczej siły, jaką wyrażają Ewangelie, bardziej jeszcze aniżeli wymagania. I tylu jest w świecie ludzi, którzy tego dowodzą własnym życiem! Co więcej, życie ludzkie spełnione jest właśnie takie.

Podjąć wymagania Ewangelii, to znaczy przyznać się do całego swojego człowieczeństwa, zobaczyć jego piękno zamierzone przez Boga samego, zobaczyć prawdę wszystkich ludzkich słabości w świetle Jego mocy: ,,Co niemożliwe jest u ludzi, możliwe jest u Boga” (Łk 18, 27).
Tych dwóch wymiarów nie można od siebie oddzielać: wymagań moralności, jakie Bóg stawia człowiekowi, oraz wymagań zbawczej miłości, czyli łaski, które Bóg postawił poniekąd sobie samemu, bo czymże innym jest Chrystusowe Odkupienie, jeśli nie tym właśnie? Bóg chce zbawienia człowieka, chce spełnienia człowieczeństwa według tej miary, jaką On sam w nim zamierzył, i Chrystus miał prawo powiedzieć, że ciężar, który On nakłada, jest słodki, a brzemię w gruncie rzeczy jest lekkie (por. Mt 11, 30).
Jest rzeczą bardzo ważną, ażeby przekroczyć próg nadziei, nie zatrzymywać się przed nim, ale pozwolić się prowadzić. Myślę, że do tego odnoszą się też słowa Cypriana Norwida, który tak określał najgłębszą zasadę chrześcijańskiej egzystencji: ,,A… gdyby to nie z krzyżem Zbawiciela za sobą, ale ze swoim za Zbawicielem szło się…” (List do Józefa Bohdana Zaleskiego, Paryż, 6 stycznia 1851). Istnieją więc wszystkie racje po temu, ażeby prawdę o krzyżu nazywać Dobrą Nowiną.

Wejść w obszar nadziei.

Pytanie 35.

W świetle tego wszystkiego, co Ojciec Święty zechciał nam powiedzieć i za co jesteśmy wdzięczni, powinniśmy wyciągnąć wniosek, że w sytuacji dzisiejszego człowieka bardziej niż kiedykolwiek naprawdę nie ma powodu, by się ,,lękać” Boga Jezusa Chrystusa? Czy rzeczywiście warto ,,wejść w obszar nadziei”, odkryć, że mamy Ojca, i uznać, że jesteśmy przez Niego kochani?

Mówi Psalmista: ,,Bojaźń Boża początkiem mądrości” (por. Ps’111 [110], 10). Pozwoli Pan, że nawiążę do tych biblijnych słów, ażeby odpowiedzieć na Pańskie ostatnie pytanie. Całe Pismo Święte zawiera systematyczne wezwanie do praktykowania bojaźni Bożej. Chodzi tutaj o tę bojaźń, która jest darem Ducha Świętego. Wśród siedmiu darów Ducha Świętego ukazanych już w słowach Izajasza (por. 11, 2), dar bojaźni Bożej znajduje się na ostatnim miejscu, ale to nie znaczy, że jest najmniej ważny, skoro właśnie bojaźń Boża jest początkiem mądrości. A mądrość, wśród darów Ducha Świętego, figuruje na miejscu pierwszym. I dlatego człowiekowi wszystkich czasów, a człowiekowi współczesnemu w szczególności, trzeba życzyć bojaźni Bożej. Z Pisma Świętego wiadomo też, że ta bojaźń, która jest początkiem mądrości, nie ma nic wspólnego z niewolniczym lękiem. Jest to bojaźń synowska. Heglowski układ: pan — niewolnik, jest obcy Ewangelii. Jest to raczej układ właściwy dla takiego świata, w którym Bóg jest nieobecny. W świecie, w którym Bóg jest prawdziwie obecny, w świecie Bożej mądrości, może być obecna tylko bojaźń synowska.

A najpełniejszym wyrazem takiej bojaźni jest sam Chrystus. Chrystus chce, żebyśmy bali się wszystkiego, co jest obrazą Boga. Chce tak, ponieważ przyszedł wyzwolić człowieka do wolności. Człowiek jest wolny przez miłość, gdyż miłość jest źródłem umiłowania wszystkiego, co dobre. Miłość taka — według słów św. Jana — pochłania wszelką bojaźń (por. 1 J 4, 18). Wszelki rys niewolniczego lęku przed groźną potęgą Wszechmogącego i Wszechobecnego zanika na rzecz synowskiej troski o to, ażeby w świecie urzeczywistniała się Jego wola, to znaczy to dobro, które w Nim ma swój początek i swoje ostateczne wypełnienie. Tak więc święci wszystkich czasów są również wcieleniem synowskiej miłości Chrystusa, która jest źródłem franciszkańskiego ukochania stworzeń, a także ukochania zbawczej mocy krzyża, który przywraca światu równowagę pomiędzy dobrem a złem.

Czy człowieka współczesnego cechuje taka właśnie synowska bojaźń Boża, bojaźń, która jest przede wszystkim miłością? Można wyrazić obawę, a nie brakuje dowodów, że Heglowski paradygmat pana i niewolnika jest bardziej obecny w świadomości współczesnego człowieka aniżeli ta mądrość, która ma swój początek w synowskiej bojaźni Boga. Z Heglowskiego paradygmatu rodzi się filozofia przemocy. Jeśli istnieje jakaś siła, która z tą filozofią potrafi się skutecznie rozprawić, to jest nią tylko Chrystusowa Ewangelia, która układ: pan — niewolnik, do końca zamieniła na układ: ojciec — syn. Ten układ: ojciec — syn jest odwieczny. Jest on starszy od dziejów człowieka. ,,Promieniowanie ojcostwa”, jakie w nim się zawiera, należy do Tajemnicy Trynitarnej Boga samego. Z Boga wypromieniowuje ono w kierunku człowieka i jego dziejów. Jednakże, jak wiadomo z Objawienia, w dziejach tych ,,promieniowanie ojcostwa” natrafia na pierwszy opór w postaci grzechu pierworodnego. Jest to istotnie klucz do interpretacji całej rzeczywistości. Grzech pierworodny nie tylko narusza pozytywną wolę Bożą, ale przede wszystkim całą motywację leżącą u jej podstaw. Grzech ten zmierza do obalenia ojcostwa, niszcząc te promienie, które przenikają cały świat stworzony, podając w wątpliwość prawdę o Bogu, który jest Miłością, pozostawiając tylko świadomość pana i niewolnika. Pan jest zazdrosny o swoją władzę nad światem i nad człowiekiem, człowiek zaś jest przez to samo wezwany do walki przeciw Bogu, tak jak we wszystkich epokach dziejów człowiek zniewolony bywał wzywany do wystąpienia przeciw panu, który go zniewalał.

Po tym wszystkim, co powiedziałem, mógłbym zamknąć swą odpowiedź w takim paradoksie: ażeby wyzwolić człowieka współczesnego od lęku przed sobą samym, przed światem, przed innymi ludźmi, przed potęgami tego świata, przed systemami, przed tym wszystkim, co jest symptomem niewolniczego lęku tak zwanej siły wyższej, którą człowiek wierzący nazywa Bogiem, trzeba temu człowiekowi z całego serca życzyć, ażeby nosił i pielęgnował w swym sercu tę bojaźń Bożą, która jest początkiem mądrości.
Taka bojaźń Boża jest zbawczą siłą Ewangelii. Ona jest twórcza, nigdy zaś destruktywna. Ona rodzi ludzi, którzy kierują się odpowiedzialnością, odpowiedzialną miłością. Ona rodzi ludzi świętych, czyli prawdziwych chrześcijan, a przyszłość świata ostatecznie do nich należy. Miał z pewnością wiele słuszności André Malraux, kiedy powiedział, że wiek XXI albo będzie wiekiem religii, albo go w ogóle nie będzie.

Papież, który rozpoczął swój pontyfikat od słów: ,,Nie lękajcie się!”, stara się być wierny pełnej prawdzie tych właśnie słów i jest też zawsze gotów służyć człowiekowi, narodom i ludzkości w duchu tej ewangelicznej prawdy.

 

Temat bojaźni Bożej został podjęty również przez Papieża Franciszka 11 czerwca 2014 roku,, podczas audiencji ogólnej w Watykanie. Poniżej tłumaczenie tego nauczania na język polski.

„Kiedy ktoś żyje w złu, kiedy bluźni przeciw Bogu, kiedy wykorzystuje innych, kiedy ich tyranizuje, gdy żyje jedynie dla pieniędzy, próżności, władzy, pychy – wówczas święta bojaźń Boża stawia nas w stan alarmu: baczność!”.

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry,
Dar bojaźni Bożej, o którym dziś mówimy, zamyka serię katechez o siedmiu darach Ducha Świętego. Nie oznacza on lękania się Boga: wiemy dobrze, że Bóg jest Ojcem, że nas miłuje i pragnie naszego zbawienia i zawsze przebacza, zawsze! Dlatego nie ma powodów, aby się Go lękać! Bojaźń Boża natomiast jest darem Ducha, który przypomina nam, jak bardzo jesteśmy mali przed Bogiem i Jego miłością oraz że naszym dobrem jest pokorne, naznaczone szacunkiem i ufnością, zdanie się w Jego ramiona. To właśnie jest bojaźnią Bożą: powierzenie się dobroci naszego Ojca, który tak bardzo nas kocha.
Gdy Duch Święty zamieszkuje w naszym sercu, wlewa w nas pocieszenie i pokój oraz sprawia, że czujemy się takimi, jakimi jesteśmy, to znaczy maluczkimi. Przyjmujemy postawę, tak bardzo zalecaną nam przez Pana Jezusa Ewangelii – tego, kto wszystkie swoje troski i oczekiwania pokłada w Bogu i czuje, że otacza go i wspiera Jego ciepło i Jego opieka, tak właśnie, jak dziecko ze swoim tatą! To robi Duch Święty w naszych sercach: sprawia, że czujemy się jak dzieci w ramionach swego taty. W ten sposób więc rozumiemy dobrze, jak bojaźń Boża przybiera coraz bardziej formę uległości, wdzięczności i uwielbienia, napełniając nasze serca nadzieją. Wiele razy bowiem nie udaje nam się pojąć sensu Bożego zamysłu i dostrzegamy, że nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie sami szczęścia i życia wiecznego. Jednakże właśnie w doświadczeniu naszych ograniczeń i naszego ubóstwa Duch Święty nas pociesza i pozwala nam zrozumieć, że jedyną ważną sprawą jest pozwolenie, by Jezus prowadził nas w ramiona swego Ojca.
Dlatego właśnie tak bardzo potrzebujemy tego daru Ducha Świętego. Bojaźń Boża pozwala nam sobie uświadomić, że wszystko jest dziełem łaski i że naszą jedyną prawdziwą siłą jest naśladowanie Pana Jezusa oraz pozwolenie, by Ojciec mógł obdarzyć nas swoją dobrocią i swoim miłosierdziem. Tak więc ten dar Ducha Świętego udoskonala naszą wrażliwość i pomaga nam rozpoznać, że jesteśmy dziećmi kochanymi bez miary. Otworzyć serce, aby dobroć i miłosierdzie Boże weszły w nas. To właśnie sprawia Duch Święty: otwiera serca. Serce otwarte, aby przebaczenie, miłosierdzie, dobroć i czułość Ojca weszły w nas, gdyż jesteśmy dziećmi nieskończenie umiłowanymi.
Gdy przenika nas bojaźń Boża, jesteśmy porwani, aby iść za Panem z pokorą, uległością i posłuszeństwem. Czynimy to jednak nie w postawie rezygnacji i bierności, nawet użalania się, ale z podziwem i radością dziecka, które dostrzega, że Ojciec mu służy i miłuje je. Tak więc bojaźń Boża nie czyni nas chrześcijanami zalęknionymi i ustępliwymi, lecz rodzi w nas odwagę i moc! Jest darem czyniącym z nas chrześcijan przekonanych, entuzjastycznych, którzy nie są podporządkowani Panu ze strachu, ale dlatego, że są poruszeni i zdobyci Jego miłością! Być zdobytym miłością Boga! Jakie to piękne. Dać się zdobyć przez tę miłość taty, który tak bardzo nas kocha, kocha nas całym swym sercem.
Ale uważajmy, gdyż dar Boży, dar bojaźni Bożej jest też „alarmem” w obliczu zatwardziałości w grzechu. Kiedy ktoś żyje w stanie zła, gdy bluźni przeciw Bogu, gdy wykorzystuje innych, tyranizuje ich, gdy żyje jedynie dla pieniędzy, próżności lub władzy albo pychy – wówczas święta bojaźń Boża ostrzega nas: baczność! Z całą tą swoją władzą, ze wszystkimi tymi pieniędzmi, z całą tą swoją dumą, z całą tą swoją próżnością nie będziesz szczęśliwy. Nikt nie może zabrać z sobą na drugi świat ani pieniędzy, ani władzy, ani próżności, ani dumy. Nic! Możemy jedynie zanieść miłość, jaką daje nam Bóg Ojciec, czułość Boga, przyjęte i otrzymane przez nas z miłością. I możemy zanieść to, co zrobiliśmy dla innych. Uważajmy, aby nie pokładać nadziei ani w pieniądzach, ani w dumie, ani we władzy, ani w próżności, gdyż wszystko to nie może nam obiecywać niczego dobrego! Myślę na przykład o osobach, które są odpowiedzialne za innych i dają się skorumpować – czy sądzicie, że osoba skorumpowana będzie szczęśliwa po drugiej stronie? Nie, cały owoc jej korupcji zepsuł jej serce i trudno będzie pójść do Pana. Myślę o tych, którzy żyją z handlu ludźmi i z niewolniczej pracy; czy uważacie, że ci ludzie, którzy wykorzystują innych przez pracę niewolniczą, mają w sercu miłość Bożą? Nie, nie mają bojaźni Bożej i nie są szczęśliwi. Nie są nimi. Myślę o tych, którzy wytwarzają broń, aby wywoływać wojny; czy myślicie, że to jest zawód. Jestem pewien, że jeśli zadam teraz pytanie: ilu z was jest producentem broni?, odpowiedź będzie: nikt, nikt. Ci fabrykanci broni nie usłyszą Słowa Bożego! Oni wytwarzają śmierć, są handlarzami śmierci i prowadzą rynek śmierci. Oby bojaźń Boża uzmysłowiła im, że pewnego dnia wszystko się skończy i będą musieli zdać sprawę Bogu.
Drodzy przyjaciele, Psalm 34 każe nam się modlić następującymi słowami: „Oto biedak zawołał, a Pan go usłyszał, i wybawił ze wszystkich ucisków. Anioł Pana zakłada obóz warowny wokół bojących się Jego i niesie im ocalenie” (w. 7-8). Prośmy Pana o łaskę zespolenia naszego głosu z głosem ubogich, aby przyjąć dar bojaźni Bożej i móc dostrzec, że wraz z nimi jesteśmy przyodziani w miłosierdzie i miłość Boga, który jest naszym Ojcem, naszym tatą. Niech tak się stanie.

 

Zachęcam do zapoznania się z całą książką Jana Pawła II, dziś już świętego – „Przekroczyć próg nadziei”. Poniżej zamieszczam krótką recenzję o. Macieja Zięby OP, z publikacji „Jestem z Wami: kompendium twórczości i nauczania Karola Wojtyły – Jana Pawła II”, Wydawnictwo M, Kraków 2010, s. 309-312.

„Przekroczyć próg nadziei” (1994) – książka Jana Pawła II „Przekroczyć próg nadziei” ukazała się po raz pierwszy w języku polskim w roku 1994. Pozornie składa się ona z bardzo różnych mini-traktatów na bardzo różne tematy, powstała bowiem jako odpowiedź na 35 problemów postawionych Papieżowi przez znanego włoskiego pisarza Vittorio Messoriego. Dlatego prawdziwe piękno tej pierwszej „prywatnej” książki Ojca Świętego odsłania się dopiero po jej przeczytaniu, gdy odkrywa się „architekturę” całości. Jest to bowiem swoisty papieski witraż, którego poszczególne fragmenty ukazują swoje harmonijne powiązanie z całością dopiero wówczas, gdy spojrzymy nań z pewnego dystansu. Nie wystarczy więc czytać książkę „Przekroczyć próg nadziei” jedynie „wzdłuż” (czy też „w głąb”) poszczególnych odpowiedzi, ale również trzeba czytać ją „w poprzek”, śledząc pojawianie się w różnych miejscach podejmowanych przez Papieża tematów. Dopiero wtedy rozjarzy się oryginalną barwą ekumenizm Jana Pawła II, dopiero wtedy poprzez porozrzucane w różnych miejscach wzmianki objawi się synteza intelektualnej historii Europy, zamigocze złożona z poszczególnych wspomnień biografia Papieża.

Jest to książka następcy Piotra, w której autor, pokornie wyznając, że także dla niego „Papież jest tajemnicą”, wręcza nam jednak zarazem klucz hermeneutyczny do zrozumienia owej tajemnicy. Od pierwszej do ostatniej karty łatwo bowiem dostrzec, co jest istotą wszystkich poczynań Biskupa Rzymu: umacnianie braci w wierze i dodawanie otuchy tym, którzy – z najprzeróżniejszych względów – nie przyjęli prawdy Ewangelii, aby bez obaw otworzyli swoje drzwi dla Chrystusa.

Jest to książka uniwersalna, dla każdego, została jednak napisana przede wszystkim dla tych członków Kościoła, którzy sami nie analizują soborowych dokumentów, nie czytają ani Tomasza z Akwinu, ani Jana od Krzyża i niepewnie się czują wobec łacińskich adagiów. Ale dla czytelników protestanckich i prawosławnych ważny będzie jednoznaczny, wręcz radykalny ekumenizm Jana Pawła II, a zapewne prawdziwie zadziwiającym odkryciem stać się może jego ściśle teologiczne, a nie jurydyczne przeżywanie Piotrowego prymatu. Czytelnicy żydowscy znajdą na kartach papieskiej książki kolejne potwierdzenie wielkiego otwarcia Ojca Świętego na problemy Ludu Przymierza. Muzułmanie i wyznawcy religii Wschodu – szczere uznanie dla ich gorliwości religijnej oraz podkreślenie wielkich osiągnięć – choć bez zamazywania różnic – ich własnych tradycji. Natomiast intelektualiści sięgający po „Przekroczyć próg nadziei” dostaną delikatnie naszkicowaną panoramę myśli ludzkiej od Platona i Arystotelesa po Paula Ricoeura i Alfreda Whitehaeda (z bardzo ważną diagnozą współczesnego kryzysu, sięgającą korzeniami Kartezjusza, oświecenia i pozytywizmu), inkrustowaną odwołaniami się do takich twórców jak: Mircea Eliade, Franz Kafka, Albert Camus, Michaił Bułhakow czy Cyprian Kamil Norwid.

Jest to książka pełna optymizmu. Od jej pierwszych zdań aż po zdanie ostatnie przewija się podstawowy motyw: „Nie lękajcie się!” Klucz ów, którym Jan Paweł II sam otworzył drzwi swego pontyfikatu, nie spodziewając się – jak wyznaje – jak daleko Duch Pocieszyciel poprowadzi Papieża i Kościół drogą wyznaczoną przez te słowa, ma nas otworzyć na prawdę o Bogu, człowieku i świecie. Jej rdzeniem jest prawda o Odkupieniu, to znaczy prawda o bezgranicznej Bożej miłości, pozwalającej przezwyciężać wszystkie lęki, które płyną z uwikłań współczesnego człowieka. Dlatego „Papież, który jest świadkiem Chrystusa i szafarzem Dobrej Nowiny, jest przez to samo człowiekiem radości i człowiekiem nadziei”. Ten optymizm przejawia się też w papieskim myśleniu o ekumenizmie czy o innych religiach (omówienie soborowego dokumentu o religiach niechrześcijańskich zamyka Jan Paweł II stwierdzeniem: „Tak więc zamiast dziwić się, że Opatrzność dopuszcza tak wielką różnorodność religii, można raczej dziwić się temu, że znajdujemy w nich tyle wspólnych elementów”). Zarazem jednak są też w książce Ojca Świętego wzmianki o faszyzmie i komunizmie, przypominające, że XX wiek – najkrwawsze w historii stulecie – nazwano wiekiem ideologii. Jest przypomnienie o narastającej przepaści pomiędzy Północą a Południem, o legitymizacji aborcji we współczesnych demokracjach, o systematycznej walce z Bogiem, prowadzonej w cywilizacji europejskiej od oświecenia. Papieski optymizm jest więc realistyczny, przebija się poprzez pokłady zła, przez grzech, ból i nieszczęście. „Zło nie jest ani podstawowe, ani ostateczne” – pisze Papież świadom, że radość płynąca z tego stwierdzenia jest niełatwą radością. Papież tę samą prawdę zawrze w jeszcze bardziej precyzyjnym ewangelicznym paradoksie, mówiąc, że „istnieją wszelkie racje po temu, aby prawdę o Krzyżu nazwać Dobrą Nowiną”.

W książce „Przekroczyć próg nadziei” znajdziemy – oprócz podstawowych filozoficznych i teologicznych tematów takich jak istnienie Boga, tajemnica zła, wielość religii, obrona życia, prawa człowieka lub znaczenie II Soboru Watykańskiego – wiele sentencji, z których każda warta jest dłuższej refleksji. Przykładowo: „Bóg jest zawsze po stronie cierpiących”; „Ewangelia to jest przede wszystkim radość ze stworzenia” i „Ewangelia jest najpełniejszym potwierdzeniem wszystkich praw człowieka”; albo też niezwykłe ujęcie historii zbawienia z ludzkiej perspektywy, jako że „dzieje zbawienia to także nieustanny sąd człowieka nad Bogiem”, w którym „wyrok człowieka na Boga nie opiera się na prawdzie, ale na przemocy, na doraźnej koniunkturze”. Jest to również książka z wyraźnie obecnym „polskim” wątkiem – krótkimi, lecz wyrazistymi odwołaniami do narodowej kultury, do tradycji polskiej tolerancji, do ważkich postaci życia intelektualnego naszego kraju.

Najbardziej poruszające fragmenty traktują o Kościele i o młodzieży. Te właśnie karty, na których – pod warstwą teologicznych rozważań – rozbrzmiewa pełna miłości więź Papieża z Kościołem, wydają się niezwykle osobiste. Swoją intensywnością przebijają je jedynie wspomnienia współpracy z młodzieżą. To przy tej okazji Jan Paweł II wyznaje: „Jako młody kapłan nauczyłem się miłować ludzką miłość. To jest jedna z tych podstawowych treści, na której skupiłem swoje kapłańskie posługiwanie na ambonie, w konfesjonale, a także używając słowa pisanego”. Ten właśnie fragment pozwala zrozumieć, że przy całej różnorodności tematów poruszanych w książce „Przekroczyć próg nadziei” jeden z nich jest i podstawowy i najważniejszy. Jest to bowiem przede wszystkim książka o umiłowaniu miłości.

 

W 1996 roku Natalia Kukulska nagrała piosenkę „Próg nadziei”. Poniżej link do jej nagrania oraz tekstu tego utworu.

https://youtu.be/k3UMFUKcuok

 

Bibliografia

Jan Paweł II, (red. Anna Dobak) (1994),  Przekroczyć próg nadziei, Lublin: Wydawnictwo KUL.

Maciej Zięba OP, (2010), Jestem z Wami: kompendium twórczości i nauczania Karola Wojtyły – Jana Pawła II, Kraków: Wydawnictwo M.

Praca Zbiorowa (2002), Pismo Święte Nowego i Starego Testamentu, Częstochowa: Wydawnictwo Paulinianum.

Źródła internetowe:  www.vatican.va www.opoka.org, www.niedziela.pl, www.katolik.pl, www.brewiarz.pl www.liturgia.wiara.pl www.katolicki.net www.biblia.info.pl www.faustyna.pl www.kapucyni.pl www.jezuici.pl www.pijarzy.pl www.gosc.pl 

 

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dnie roku. Intencya na miesiąc Wrzesień.

Według ks. Piotra Skargi i innych (1910)

O gorliwości w poznaniu Wiary świętej.

Naukę Wiary świętej w dwojaki sposób poznać można. Pierwszy sposób jest bardzo niedostateczny, a polega na tem, że tak jak uczniowie w szkole uczą się różnych przedmiotów, nie aby z nich mniej lub więcej korzystać, ale żeby zdać egzamin przed profesorem, lub żeby się wiedzą swoją popisywać, tak też niektórzy uczą się religii jakby zwykłego przedmiotu szkolnego, dlatego że taki panuje zwyczaj. Tacy nieraz umieją na każde zapytanie, odnoszące się do rzeczy wiary wcale trafnie odpowiedzieć, — ale w gruncie rzeczy nie wiele o tę znajomość wiary dbają, a tem mniej jeszcze w codziennem życiu nią się powodują. U nich znajomość wiary uczepiła się pamięci, może nawet i rozumu, ale nie dotarła ani do woli, ani do ich serca i pospolicie nie mają z niej pożytku, lecz przeciwnie narażeni są na ono słowo Pańskie: On sługa, który poznał wolę Pana swego, a nie nagotował ani uczynił wedle woli Jego, wielce będzie karan.
Drugiego, już zupełnie dobrego sposobu poznawania świętej Wiary trzymają się ci wszyscy, co rozumieją z św. Pawłem, że Wiara nasza święta, czyli nauka Chrystusowa jest cała mądrością, a to nie ludzką, ani przez ludzi wymyśloną, ale mądrością Bożą, od Boga nam daną i do Boga też prowadzącą. Tacy wyznają z św. Piotrem, że to są słowa żywota wiecznego i dlatego z pokorą i wdzięcznością je przyjmują, cenią je nad wszelką naukę ludzką, coraz lepiej rozumieć i coraz doskonalej w całem życiu i postępowaniu swojem do niej zastosować się usiłują. Do nich się stosuje ono błogosławione słowo Pana naszego: Kto z Boga jest, słów Bożych słucha.
Niestety, są inni jeszcze, którzy Wiary świętej albo mało tylko, albo prawie wcale nie znają, ani też o nią dbają. Takimi są przedewszystkiem poganie, którym nikt jeszcze nie opowiedział Ewangelii t. zn. po naszemu: wesołej nowiny o Panu Jezusie i Krzyżu Jego. Aleć oni, po ludzku mówiąc, nie są temu winni; raczej winne temu zachodzące okoliczności. Winni też rodzice i krewni, którzy jeszcze od biedy godzą się na to, jeśli syn lub krewniak ich pragnie zostać księdzem, żeby wcześniej lub później objąć stanowisko jako tako dostatnie; — ale jeśli którego młodego pociąga łaska Boża i dusza mu się rwie do zakonu, zwłaszcza takiego co po dawnemu wysyła swoich do pogańskich krajów na trudy bezpłatne, na pracę wśród głodu i chłodu, a nieraz i na męczeństwo, — to niebo i ziemię poruszają, żeby temu młodemu z głowy wybić i z serca wyrwać to, co oni nazywają mrzonkami, a w rzeczywistości są to, „wysokie myśli synów Bożych.“ O tych biednych, ciemnych poganach wierzę i wyznaję szczerze co mówi Pan Jezus, że kto wierzy i ochrzci się, zbawion będzie; a kto nie uwierzy, będzie potępion, ale i ufać w miłosierdziu Bożem nie przestaję, że jeśli kogo, to przedewszystkiem uczciwszych z pomiędzy pogan objął swoją prośbą: Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą co czynią.
Gorzej z tymi, co żyją wśród samych chrześcijan-katolików, ale na kształt onych faryzeuszów za czasów Pana Jezusa, są pełni uprzedzeń starych i nowych do nauki Pana Jezusa i dlatego ani słyszeć o niej nie chcą. Tak np. socyaliści szczerzy, a więcej jeszcze nieszczerzy, przyjęli od żydów Marxa i Lassalle’a uprzedzenie, że religia jest rzeczą prywatną; więc twierdzą, że czy kto boi się Pana Boga i chowa przykazania Jego, czy też nie: to nikomu nic do tego, — i sami też prawie wszyscy tak postępują, jakby ich to ani prywatnie, ani publicznie nic nie obchodziło, czy jest jaki Bóg nad nami i czy istnieje wiara prawdziwa, czy nie. — Podobnież trafiają się inni, co skutkiem częstego przestawania z innowiercami i niedowiarkami, lub czytania przewrotnych książek i gazet nabierają uprzedzenia, jakoby prawda katolicka była przestarzałą i niezgodną z nowoczesnym postępem naukowym i z teraźniejszymi wymogami kulturnymi; a nic nie rozumieją, że prawda nigdy zmienić się nie może, i że co było prawdą przed wieki, to też na wieki prawdą zostaje; postęp zaś prawdziwy polega na coraz gruntowniejszem i wszechstronniejszem poznawaniu wszelkiej prawdy, — wszystko zaś co nie licuje z prawdą, to nie jest postępem, ale najgorszem zacofaniem.
Wreszcie już najgorsi ci, a tych podobno jest bardzo wiele, co niby to nazywają się katolikami, bo narodzili się z rodziców katolickich, a nie popełnili tego ze wszystkich najgorszego głupstwa, żeby byli przeszli na inną fałszywą jaką wiarę; — ale wiary katolickiej nie znają, ani poznać nie usiłują. Darmo się wymawiają, że nie mają na to ani czasu, ani sposobności: jedni powiadają, że muszą ciężko pracować na chleb, — ale mają dość czasu w Niedziele i święta, kiedy pracować pod grzechem nie wolno; inni mówią, że obowiązki urzędu i stosunki towarzyskie cały im czas pochłaniają, tak że podołać im nie mogą, że więc niepodobna od nich żądać, żeby chodzili na kazania, albo czytywali książki pobożne; inni jeszcze bawią się, ten w politykę, tamten w nadobną literaturę i inne sztuki piękne, ów w stroje, mody, różne zbytki itp., a tem tak zaprzątają sobie głowę i czas, że nawet im na myśl nie przychodzi, że należy przecież życia użyć na coś poważniejszego, niż na te fatałaszki, z których w wieczności żadnego nie będzie pożytku.
Weźmy na rozum i zastanówmy się, czem jest i do czego prowadzi nieznajomość Boga i prawdy Bożej? O znajomości Boga i prawdy Bożej sam Pan Jezus mówi: tego jednego potrzeba; a na innem miejscu: Ten jest żywot wieczny, aby poznali Ciebie samego Boga prawdziwego, i któregoś posłał Jezusa Chrystusa; i dlatego nakazuje: Szukajcież tedy najprzód Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego a to wszystko, cokolwiek wam potrzebne i pożyteczne, będzie wam przydano.
Weź na rozum, powtarzam i zastanów się: „Jest Bóg i prawda Boża, a ja o tem nie wiem i wiedzieć cokolwiek wcale nie jestem ciekawy.“ Na cóż takie powiedzenie wygląda? Czy to nie jest szczytem bezmyślnej głupoty, a zarazem oczywistem bluźnierstwem? Pomyśl: Pan Bóg jest nieskończenie mądry; popatrz się na lada drzewo; nasienie niewielkie, które albo wiatr przyniósł albo ręka ludzka zasadziła do ziemi, poczęło kiełkować, wydobywać się z ziemi, powoli rość, aż rozrosło się w potężne drzewo; — pszczoły rozmnożyły się w rój, od rana do wieczora pilnie się krzątają i zgodną a umiejętną pracą napełniają ul swój miodem i woskiem: — rzeki wciąż płyną do morza i ukrytemi dla oka ludzkiego drogami znowu z morza się zasilają, tak że nigdy nie wysychają. Tych i tym podobnych zjawisk przyrody jest bez liku, a ktoby je wszystkie zbadał i umiał wytłómaczyć, uchodziłby za niesłychanie mądrego człowieka. A Pan Bóg nie tylko to wszystko wie i zna doskonale, ale też wszystko sam bez niczyjej pomocy i bez własnego mozołu tak mądrze obmyślił i tak dzielnie wykonał i tak dobrotliwie urządził, że i słońce o swoim zawsze czasie bez chyby wschodzi i zachodzi, i że ziemia żywicielka plon swój po porządku wydaje. Nieskończenie mocny; bo jak już Psalmista lat temu 3,000 powiedział: Ugruntowałeś ziemię, i trwa, — zrządzeniem Twojem dzień trwa, albowiem Tobie wszystko służy; od Niego ze wszystkiem, czem jesteśmy i cokolwiek mamy i kochamy, jesteśmy najzupełniej zależni jak w doczesności, tak też w wieczności. Nadto wszystko zaś Pan Bóg jest niepojęcie dobry, bo jak mówi Pismo św. tak umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby wszelki, kto wierzy weń, nie zginął, ale miał żywot wieczny. I o tym Panu Bogu tak nieskończenie mądrym, wszechmocnym i dobrym nie chcieć wiedzieć w miarę możności naszej jak najwięcej: czyż to nie jest bezmyślność i nierozum największy?
I raz jeszcze powtarzam: weź na rozum i zastanów się. Masz duszę nieśmiertelną i dlatego czy chcesz, czy nie chcesz, wieczność cię czeka, — a to wieczność taka, na jaką sobie zasłużysz, albo nad wszelkie pojęcie szczęśliwa, albo bezmiernie nieszczęśliwa. Drogą do tej wieczności jest życie twoje ziemskie. Jakże chcesz nie zabłądzić do piekła, a trafić szczęśliwie do Nieba bez należytej znajomości Boga i prawdy Bożej? zwłaszcza że masz i mieć będziesz aż do końca życia potężnych nieprzyjaciół twego zbawienia czarta, świat i ciało twoje?
Dopiero poznawszy Pana Boga i prawdę Jego, będziesz wiedział, jak Pana Boga godnie wychwalać, jak Mu się za niezliczone dobrodziejstwa odwdzięczać, jak Go za winy twoje małe i wielkie przepraszać i ubłagać, jakim sposobem się ode złego wszelkiego wypraszać, i wszystkiego dobra uprosić; będziesz wiedział wreszcie, jak zbawić duszę twoją nieśmiertelną. Póki zaś tej znajomości Pana Boga nie posiadasz, cóż ci pomoże, gdybyś cały świat i wszystką mądrość jego pozyskał, a na duszy swojej szkodę podjął? Przeciwnie, jeżeli skutecznie będziesz dbał o należyte poznanie świętej Wiary, natenczas Pan Bóg ci da, że z Psalmistą będziesz mógł mówić: Jakom się rozmiłował zakonu Twego Panie, cały dzień jest rozmyślaniem mojem. Nad nieprzyjacioły moje mądrymeś się uczynił przykazaniem Twojem, bo wiecznie jest ze mną; nad wszystkie uczyciele moje zrozumiałem, bo świadectwa Twoje są rozmyślanie moje; nad starce zrozumiałem, iżem się dowiadował mandatów Twoich; od wszelakiej złej drogi hamowałem nogi moje, aby strzedz słów Twoich.

Głównymi zaś środkami do poznania Wiary świętej, czyli Pana Boga i prawdy Jego są: pilne słuchanie słowa Bożego, rozmowy pobożne i czytanie książek duchownych, — z tym atoli dodatkiem, ażeby cokolwiek się słyszy albo czyta, brać na rozum, oczywiście nie w tym sensie, żeby chcieć mądrość Bożą krótkim swoim rozumem krytykować i sądzić, ale żeby każde słowo Boże zrozumieć tak, jak je rozumie nieomylny święty Kościół katolicki, który jest filarem i utwierdzeniem prawdy. Tych środków gorliwie i wytrwale używaj; ale więcej jeszcze módl się, aby Pan Jezus przez miłość Serca Swojego, jak niegdyś Apostołom i uczniom Swoim, tobie też dał Ducha św., Ducha prawdy, przypominającego i objaśniającego nam wszystko, cokolwiek On nam powiedział i przykazał.

  

Bibliografia

Kowalczyk M. (2012), Modlitewnik Matki Kościoła, Poznań: Wydawnictwo Flos Carmeli.

Martyrologium Kościoła Rzymskiego (1591), Kraków: Piotrkowczyk, Andrzej

Praca Zbiorowa (2002), Pismo Święte Nowego i Starego Testamentu, Częstochowa: Wydawnictwo Paulinianum.

Rzymskie Martyrologium, Czytania na każdy dzień roku, (1910), Mikołów – Warszawa: Nakładem K. Miarki, Sp. Z ogr. Por.

Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dnie roku, opracowanie podług Ks. Piotra Skargi T.J., Ojca Prokopa, Kapucyna, Ojca Bitschnaua, Benedyktyna i innych wybitnych autorów, Wydanie szóste poprawne i pomnożone, Mikołów – Warszawa, Nakładem Karola Miarki, 1910.

Źródła internetowe:  www.vatican.va www.opoka.org, www.niedziela.pl, www.katolik.pl, www.brewiarz.pl www.liturgia.wiara.pl www.katolicki.net www.biblia.info.pl www.faustyna.pl www.kapucyni.pl www.jezuici.pl www.pijarzy.pl www.gosc.pl 

Modlitwy w czasie burzy i innych zagrożeń

Palenie gromnicy i wystawianie krucyfiksu w czasie burzy, pożaru czy innych zagrożeń to starodawna tradycja (sięgająca IX wieku), w której świece poświęcone w kościele w Uroczystość Ofiarowania Pańskiego, służyły do modlitwy w czasie burz i innych niebezpieczeństw zagrażających ludziom i dobytkowi (nazwa tej świecy – gromnica – pochodzi od polskiego słowa „grom”). Czcimy tu Matkę Boską jako tę, która dała ludziom Światłość i ta Światłość chroni ludzi od wszelkiego zła. Dzisiaj co prawda mamy piorunochrony, które chronią od gromów, ale nie znaczy to, że nie można palić świecy gromnicznej i modlić się do Boga przez wstawiennictwo Matki Bożej o opiekę i ochronę naszych rodzin i domów. Nie bójmy się palić gromnicy i wystawiać krucyfiks nie tylko w czasie burzy, zwłaszcza że są one w Polsce ostatnio coraz bardziej niebezpieczne.

Każdy znak, który przypomina nam o Bogu, jego obecności, działaniu w naszym życiu, jest potrzebny. Zapalona w oknie gromnica wskazuje podróżnym drogę do bezpiecznego, katolickiego domu, gdzie mogą znaleźć schronienie podczas burzy czy nawałnicy, jest także świadectwem pobożności, tak bardzo potrzebnym świadectwem, które musi być podparte szczerą modlitwą i zaufaniem, że wstawiennictwo Maryi u Jej Syna zapewni opiekę nam, grzesznikom, pielgrzymom tej ziemi, którzy błądzą w mrokach grzechu i potrzebują prawdziwego światła, by odnaleźć drogę do Boga. Nie wstydźmy się więc naszej polskiej tradycji, zwyczajów naszych dziadów, w których wyrażała się od wieków tradycyjna, polska wiara. Niech w rękach naszych umierających i w naszych oknach podczas burz palą się gromnice, by strzegła nas Ta, która nigdy nie opuszcza swoich dzieci – Bogurodzica Dziewica Maryja.

Modlitwa lub Błogosławieństwo Św. Antoniego z Padwy przeciwko burzom z mocą egzorcyzmu

W XIII wieku Pielgrzymujący Kapłan odwiedził anonimowo zakon i kościół niedaleko Lizbony w Portugalii. Kościół ten był niszczony nieomalże każdego roku przez burze, powodujące poważne zniszczenia zabudowań oraz śmierć pośród ludzi. Pielgrzymujący Kapłan zostawił u furtiana zakonu spisaną kopię tej modlitwy i zniknął. Została ona przechowana i stosowana przez mnichów i od tego czasu burze nie czyniły żadnej szkody ani zakonnikom ani zabudowaniom. W następstwie tego papież Innocenty III (1198-1216) nakazał opublikowanie tej modlitwy. Tym tajemniczym pielgrzymem – Kapłanem był Św. Antoni z Padwy.

 

Sposób odmawiania

Przy każdym krzyżyku  należy uczynić ręką znak Krzyża Świętego - W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen - w kierunku nadciągającego żywiołu. Modlitwę tę należy odmawiać z mocą! nie tylko w czasie burz ale też w czasie innych zaburzeń w przyrodzie.

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen

Jezus Chrystus Król Chwały przyszedł w Pokoju. Bóg stał się człowiekiem i Słowo stało się ciałem. Chrystus narodził się z Dziewicy. Chrystus cierpiał. Chrystus został ukrzyżowany. Chrystus umarł. Chrystus powstał z martwych. Chrystus wstąpił do Nieba. Chrystus zwycięża. Chrystus króluje. Chrystus rządzi. Niechaj Chrystus ochroni nas przed wszelkimi burzami i błyskawicami. Chrystus przeszedł przez ich środek w Pokoju, i Słowo stało się Ciałem. Chrystus jest z nami razem z Maryją. Uciekajcie wy, wrogie duchy, ponieważ Lew z pokolenia Judy, z rodu Dawida zwyciężył. Święty Boże! Święty mocny! Święty i Nieśmiertelny! Zmiłuj się nad nami. Amen!

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen

 

Litania do odmawiania podczas burzy i grzmotów

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen

Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson

Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże, – zmiłuj się nad nami.
Duchu Święty, Boże, – zmiłuj się nad nami.
Święta Trójco, Jedyny Boże, – zmiłuj się nad nami.

Święta Maryjo, – módl się za nami.

Wszyscy święci Aniołowie i Archaniołowie – módlcie się za nami.
Wszyscy święci Cherubinowie i Serafinowie – módlcie się za nami.
Wszyscy święci Patriarchowie i Prorocy – módlcie się za nami.
Wszyscy święci Apostołowie i Ewangeliści – módlcie się za nami.
Wszyscy święci męczennicy i wyznawcy – módlcie się za nami.
Wszyscy święci biskupi i doktorowie – módlcie się za nami.
Wszyscy święci kapłani i lewici – módlcie się za nami.
Wszyscy święci pielgrzymi i pustelnicy – módlcie się za nami.
Wszyscy święci panny i męczennice – módlcie się za nami.
Wszyscy święci wdowy i małżonkowie – módlcie się za nami.
Wszyscy święci niewinni młodziankowie i wybrańcy Boscy – módlcie się za nami.

Bądź nam miłościw – przepuść nam, Panie!
Bądź nam miłościw – wysłuchaj nas, Panie!

Od wszelkiego złego – wybaw nas, Panie!
Od grzechu każdego – wybaw nas, Panie!
Od każdej szkody – wybaw nas, Panie!
Od gniewu Twego – wybaw nas, Panie!
Od teraźniejszej burzy – wybaw nas, Panie!
Od szkodzącej ulewy – wybaw nas, Panie!
Od szkodliwego gradu – wybaw nas, Panie!
Od groźnych wichrów – wybaw nas, Panie!
Od licznych błyskawic – wybaw nas, Panie!
Od ogłuszającego grzmotu – wybaw nas, Panie!
Od uderzenia pioruna – wybaw nas, Panie!
Od pożaru – wybaw nas, Panie!
Od porażenia piorunem – wybaw nas, Panie!
Od nagłej i niespodziewanej śmierci – wybaw nas, Panie!

Przez Twoją nieskończoną miłość – wybaw nas!
Przez miłosierdzie Twoje – wybaw nas!
Przez łagodność Twoją – wybaw nas!
Przez litość Twoją – wybaw nas!
Przez wszechmoc Twoją – wybaw nas!
Przez sprawiedliwość Twoją – wybaw nas!
Przez władzę, którą masz nad wszelkim stworzeniem – wybaw nas!
Przez potęgę, którą rozkazywałeś burzy i wichrom – wybaw nas!
Przez Twoje zwycięstwo nad szatanem – wybaw nas!
Przez chwałę, w którą wstąpiłeś na obłokach do nieba – wybaw nas!
Przez majestat, w którym w Dniu Sądu przyjdziesz z nieba w obłokach – wybaw nas!

Przez przyczynę Twojej Matki – wysłuchaj nas, Panie!
Przez moc Twoich Apostołów – wysłuchaj nas, Panie!
Przez potęgę twoich Ewangelistów – wysłuchaj nas, Panie!
Przez cierpienia Twoich męczenników – wysłuchaj nas, Panie!
Przez życie Twoich wyznawców – wysłuchaj nas, Panie!
Prze zasługi wszystkich Twoich świętych – wysłuchaj nas, Panie!
W Dzień Twego Sądu – my, grzeszni, Ciebie Boga prosimy, – wysłuchaj nas, Panie!

Abyś nam grzechy odpuścił – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś karanie od nas oddalić raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś się nam miłosiernym okazał – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nam łaskę Twoją wyświadczyć raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nas zachować raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nas strzec raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nas ocalić raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!

Abyś od wszelkiego niebezpieczeństwa obronić raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś te chmury rozpędzić raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś te potężne wichry uśmierzyć raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś podróżującym raczył stać się opiekunem – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nasze pola, łąki i całą majętność naszą w całości zachować raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nas od nagłej śmierci zachować raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś sprawiedliwy gniew Twój powstrzymać raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!
Abyś nas wysłuchać raczył – Ciebie prosimy, wysłuchaj nas!

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam, Panie!
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas, Panie!
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami!
 

Módlmy się:
Wszechmogący Boże, wszystkie siły przyrody są Tobie posłuszne, pokornie Cię błagamy, uśmierz gwałtowne nawałnice i spraw, aby nasza trwoga zmieniła się w radosne dziękczynienie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Amen

W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Amen

W dobie nasilających się gwałtownych zjawisk atmosferycznych, których ostatnio doświadcza nasz kraj zachęcam do użycia duchowej broni przeciwko burzom. Nie musimy bezczynnie patrzeć na to jak te bardzo groźne żywioły niszczą nasze domy, zbiory, ogrody i samochody.

Pan Jezus nieustannie przypomina nam o konieczności modlitwy: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7, 7); Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie (Mt 21, 22); Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie (Mt 26, 41).

Szczęść Boże

Osiem błogosławieństw

Jezus w kazaniu na górze przekazał nam wszystkim osiem błogosławieństw, które od samego początku, aż do dnia dzisiejszego stanowią dla ludzi wielkie wyzwanie moralne ale i również intelektualne. W różnych opracowaniach 8 błogosławieństw często porównuje się do biblijnego Dekalogu, który jest zapisany w Księdze Wyjścia. Dekalog (Dziesięciosłów) został podyktowany Mojżeszowi, przez Boga Jahwe na górze Synaj (zamiennie w niektórych przekazach biblijnych wspominana jest jako góra Horeb) w czasie wędrówki Izraelitów z Egiptu do Kanaanu. Szacuje się, że było to w XIII w. p.n.e. Przykazania z Dekalogu zostały wyryte przez Boga na kamiennych tablicach. Tekst Dekalogu był wyryty na kamiennych tablicach dwa razy, ponieważ pierwsze tablice zostały w gniewie rozbite przez Mojżesza, po tym jak podczas jego nieobecności Izraelici zaczęli czcić złotego cielca. Drugie dwie tablice zostały już wyryte przez samego Mojżesza i według przekazu biblijnego zostały zdeponowane w Arce Przymierza aż do momentu zburzenia pierwszej Świątyni Jerozolimskiej. Przykazania Dekalogu można podzielić na dwie części: jedną określającą stosunek ludzi do Boga i drugą regulującą zasady życia we wspólnocie. 8 Błogosławieństw nie są tak jak w Dekalogu przykazaniami ale wskazują na pozytywne skutki wypełnionych przykazań, są opisem przyszłych dóbr, którymi Izraelici mają być obdarzeni mieszkając w Ziemi Obiecanej. Przykazania wskazują drogę do celu, zaś Błogosławieństwa opisują ten cel. Zawsze jednak zawierają warunek odnoszący się do zewnętrznych czynów, ale nie odwołują się do wewnętrznej dyspozycji serca. Jezus poprzez 8 Błogosławieństw przedstawia nam, kim powinniśmy się stać, aby dostać się do Królestwa Bożego, które przynosi nam On sam, Jezus Chrystus.

W tym wpisie nie będę szerzej opisywał Dekalogu, ponieważ wpis dotyczy 8 błogosławieństw, postaram się to zrobić w najbliższym czasie w oddzielnym wpisie.

Jezus rozpoczyna swoją publiczną działalność od ośmiu błogosławieństw, które są  niedościgłym ideałem, do którego każdy chrześcijanin powinien dążyć. Celem misji Jezusa jest stworzenie właśnie takiego człowieka.

Mt 5, 1-16 – Nowy Testament, Ewangelia wg św. Mateusza

Kazanie na górze, Osiem błogosławieństw, Zadanie uczniów

Mt 5,01 Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie.

Mt 5,02 Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami:

Mt 5,03 ”Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Mt 5,04 Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Mt 5,05 Błogosławieni cisi. albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Mt 5,06 Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Mt 5,07 Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Mt 5,08 Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Mt 5,09 Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Mt 5,10 Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Mt 5,11 Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was.

Mt 5,12 Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami.

Mt 5,13 Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się juz nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Mt 5,14 Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze.

Mt 5,15 Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.

Mt 5,16 Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.

Kazanie rozpoczyna się błogosławieństwami, których treść słusznie można uznać za źródło chrześcijańskiego optymizmu. Powtarzające się dziewięciokrotnie „błogosławieni” jest życzeniem i sprowadzaniem zarazem szczególnego dobrodziejstwa Bożego na ludzi, podobnie jak przeciwstawne im „biada” w relacji Łukasza jest zapowiedzią odrzucenia Bożego.

Ubodzy w duchu, wzmiankowani w pierwszym błogosławieństwie – to nie ludzie upośledzeni intelektualnie, prostaczkowie, ludzie niedouczeni. To raczej ci, którzy nie posiadają doczesnych bogactw, ale z radością znoszą wszelkie niedostatki; to ci także, którzy jeśli nawet posiadają bogactwa tego świata, to jednak nie są do nich przywiązani uczuciowo, pielęgnując zawsze duchowe ubóstwo. Ufają bezgranicznie dobroci Bożej, i to sprawia, że uchodzą za typowo pobożnych. Prawo starotestamentowe otaczało ich specjalną opieką – mimo iż obfitość dóbr materialnych była uważana też za wyraz błogosławieństwa Bożego – a Izajasz zapowiada, że Mesjasz został posłany po to, by głosić dobrą nowinę ubogim. Ubogim jest przyobiecane w nagrodę królestwo niebieskie, gdyż oni to właśnie, nie przywiązani do niczego tu na ziemi w sposób niewolniczy, są najbardziej zdolni do przyjęcia Królestwa. Biorąc je w posiadanie staną się prawdziwie bogatymi.

W drugim błogosławieństwie smutek jest udziałem tych, których nawiedzają różne niepowodzenia życiowe, ludzi borykających się z trudnościami przez całe życie. To również smutek tych, którzy ubolewają nad własnymi grzechami i nad losem całego świata idącego coraz bardziej na zatracenie. Często wypada im również dzielić los ubogich z poprzedniego błogosławieństwa. „Pocieszenie” zaś obiecane smucącym się jako nagroda, przypomina „pociechę Izraela”, oczekiwaną przez Symeona, a będącą specjalnym określeniem całego dzieła zbawienia. O nich również myślał Izajasz, gdy mówił: Posłał mnie… aby pocieszać wszystkich zasmuconych, by rozweselić płaczących na Syjonie… aby im… dać… olejek radości zamiast szaty smutku, pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu. Ich szczęście przedstawia także św. Jan w księdze swych objawień: On będzie Bogiem z nimi. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu.

Na miano cichych zasługują ludzie; którzy znoszą bez szemrania przykrości, nie odpłacają złem za zło, nie pozwalają sobie na żadne grubiaństwa, nie są swarliwi ani skorzy do złości. W Starym Testamencie „cisi” lub „pokorni” byli wspominani zazwyczaj razem z ubogimi. Łączyło ich wspólne, całkowite zdanie się na wolę Bożą. Po Bogu też spodziewali się ostatecznego wymiaru sprawiedliwości i słusznej nagrody dla siebie. Przyobiecana im w nagrodę ziemia jest synonimem królestwa niebieskiego. Ziemią Obiecaną był co prawda Kanaan, ale posiadanie tej ziemi stanowiło zapowiedź posiadania prawdziwego Królestwa.

Łaknący i pragnący sprawiedliwości – to nie tylko ludzie, którym dzieje się społeczna krzywda, ludzie narzekający na wszelkiego rodzaju nierówności, ludzie gotowi do buntów w celu przywrócenia społecznego ładu. Mowa tu raczej o pragnieniu i łaknieniu tej sprawiedliwości, która stanowi przymiot samego Boga. Inaczej mówiąc, jest to tęsknota za prawdziwą świętością, tęsknota za Bogiem samym, który się ludziom objawił w przepisach swego Prawa. Bóg będzie dany w nagrodę tym, którzy Go pragną posiąść.

Na miano miłosiernych zasługują nie tylko ci, którzy chętnie wspierają ubogich i potrzebujących, choć ten obowiązek przede wszystkim Prawo nakładało na każdego Izraelitę. Miłosiernym jest również ten, który okazuje współczucie duszy innego człowieka lub dzieli się z bliźnim miłością Bożą tak, jak ludzie zwykli dzielić się kawałkiem chleba. Ci, którzy praktykują miłosierdzie, sami również dostąpią miłosierdzia. Tym ostatnim terminem nierzadko określa Biblia dokonane przez Chrystusa dzieło odkupienia człowieka. Stąd nagroda w postaci miłosierdzia to nie tylko łaski otrzymywane za życia, tzw. błogosławieństwo życiowe, lecz miłosierdzie okazane człowiekowi w dzień sądu ostatecznego i polegające na tym, że Bóg, uosobienie samego miłosierdzia, stanie się nagrodą człowieka.

Czystego serca są nie tylko ci, którzy się nie splamili grzechami rozwiązłości, lecz także ci, którzy pozostali nieskalani w swych pragnieniach. Ale nade wszystko czystość serca zdaje się tu być synonimem szczerości, prostoty i całkowitego zdania się na Boga. Jako tacy, ludzie czystego serca będą mogli kiedyś zbliżyć się do Niego. Ich wpatrywanie się w Boga będzie przedłużone w wieczność całą. Tak więc czystość, o której mówi Jezus, nie ma nic wspólnego z obwarowaną tylu przepisami rytualną czystością żydowską, a w nagrodzie przyobiecanej ludziom czystego serca spełnią się wreszcie pragnienia Psalmisty, który wołał: Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc dojdę i ujrzę oblicze Boże? (Ps 42). Podobnie zresztą modlił się Mojżesz: Spraw, abym ujrzał Twoją chwałę. Ci, co są czystego serca, mogą więc już powtórzyć za św. Janem: Oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca.

Wprowadzający pokój – to ci, którzy dokładają wszelkich starań, aby żyć w zgodzie z bliźnimi, ale nie ustawać w ustawicznej walce z czartem. Na tym polega przedłużanie jakby dzieła samego Chrystusa przynoszącego pokój na ziemię i jednoczącego przede wszystkim niebo z ziemią, czyli całą ludzkość z Bogiem. To wprowadzenie pokoju w stosunki między Bogiem a ludźmi stanowi cel główny działalności apostolskiej Pawła i innych głosicieli Dobrej Nowiny: Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas z sobą przez Chrystusa i zlecił nam posługę jednania. Oto dlaczego wprowadzający pokój staną się w nagrodę synami Bożymi. Być synem Bożym – znaczy to pozostawać nie tylko w pokoju, lecz także w najbardziej intymnej przyjaźni i miłości z Bogiem, który, wedle pouczeń św. Pawła, nie jest Bogiem nieładu, lecz pokoju.

Ostatnie dwa błogosławieństwa dotyczą ludzi, którzy cierpią prześladowanie z powodu uporczywego dążenia do świętości, bo sprawiedliwość, o której tu mowa, znów, podobnie jak w czwartym błogosławieństwie, oznacza po prostu doskonałość moralną, czyli świętość. Błogosławieństwo przyobiecane tym, co cierpią prześladowania, pozwala rozwiązać przynajmniej po części odwieczny problem cierpień i zła w świecie; ono skłania do podejmowania największych wysiłków i każe brać krzyż Chrystusowy na własne ramiona. Cierpiących w ten sposób spotka za to wywyższenie lub mówiąc dokładniej współwywyższenie z Chrystusem: Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię.

Sam koniec błogosławieństw w swej treści dotyczy przede wszystkim Apostołów i uczniów Pańskich. Okazuje się, że cierpienie i znoszenie prześladowań należy do istoty apostolatu. Tylko za tę pracę apostolską, która jest przeplatana cierpieniami, czeka wielka nagroda. Dlatego mimo bólu, który sprawiają, cierpienia apostolskie są powodem do prawdziwej radości. Radością ma zresztą napawać nie tylko wizja przyszłej nagrody, lecz także świadomość, że jest się jakby jednym z proroków, którzy również byli prześladowani. Tak więc pod tym względem nie ma różnicy między obu Testamentami. Apostołowie, przynajmniej niektórzy, dobrze zrozumieli sens tego błogosławieństwa. Święty Łukasz opisując ich prześladowania powie: A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imienia Jezusa.

Sól jest tym, co zabezpiecza potrawy od zepsucia i nadaje im smak. Otóż taką rolę w stosunku do całego świata spełniają ludzie słuchający nakazów Chrystusa: decydują o określonej, wysokiej wartości świata i chronią świat przed zagładą. Jeśli przestaną zachowywać pouczenia Chrystusa, staną się jak sól zwietrzała, a więc nie nadająca się już do przyprawiania i konserwowania potraw. Sól taką, pozbawioną wszelkich swoistych właściwości, wyrzuca się jako bezużyteczną: nikt już na nią nie zważa, zostaje zdeptana przez ludzi. Podobny los czeka też tych, którzy sprzeniewierzą się posłannictwu, jakie Bóg im przekazał. To przecież ten sam Mateusz zanotuje słowa wypowiedziane do człowieka, który znalazł się na uczcie bez szaty godowej: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności!. Tak więc to ukazanie zaszczytnej godności wyznawców Chrystusa posiada również charakter pouczający. Trzeba mianowicie pamiętać o tym, żeby się nie zasklepiać we własnej doskonałości, trzeba nią służyć całemu światu. Każdy chrześcijanin ma pewne zobowiązania wobec całego świata. Ci, co poszli za Chrystusem, podobni są również do jasnego światła. Wiadomo, czym jest światło dla istot żyjących. Chrystus powie kiedy indziej, że On sam jest światłością świata. Jeśli są światłem także uczniowie Jezusa, to dlatego, że oni właśnie mają promieniować na wszystkich ludzi światłem otrzymanym od Niego. Mają to czynić nie byle jak, mają być niczym miasto bogato oświetlone, położone na wysokim wzgórzu. Cała okolica może korzystać z tego światła. Słysząc o takim mieście, Izraelita pomyślał natychmiast, rzecz jasna, o Jerozolimie i to mu też pozwalało pojmować nieco szerzej światłość, o której mówił Jezus. Proroctwo Izajasza stawało się zrozumiałe: Stanie się na końcu czasów, że góra świątyni Jahwe mocno stanie na szczycie gór… Wstąpmy na Górę Jahwe… Niech nas nauczy dróg swoich. Jest rzeczą zupełnie naturalną, że światło zapala się po to i w takim miejscu ustawia, żeby mogło wszystkich oświecać. Byłoby niedorzecznością zapalać światło i ukrywać je tak, aby nie było widoczne. Otóż gdy chodzi o uczniów Chrystusa, to źródłem tak promieniującej światłości mają być ich dobre uczynki, czyli całe życie, będące żywym wcieleniem wszystkich pouczeń Jezusa. Inni ludzie mają widzieć w ich życiu świetlaną drogę, którą sami też będą kroczyć, oddając tym samym chwałę Ojcu Niebieskiemu.

Ksiądz Zygmunt Podlejski SCJ (Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego – Sercanie, założonego przez o. Jana Leona Dehona 1843-1925 www.sercanie.pl) urodził się 27 kwietnia 1933 roku w Mysłowicach. Studiował w Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Wyświęcony na kapłana 24 lipca 1956 roku w Katowicach. Jako duszpasterz pracował m.in. w Miedźnej, Chorzowie, Bielsku-Białej, Jastrzębiu Zdroju, Gierałtowicach i Stanowicach. Po trzydziestu latach pracy duszpasterskiej w archidiecezji katowickiej w 1988 roku osiedlił się w Austrii, gdzie jest proboszczem w St. Johann (archidiecezja wiedeńska). Od wielu lat związany z Wydawnictwem DEHON. Jest członkiem redakcji i autorem wielu książek i artykułów m.in.: Oblicza miłości. Homilie na rok A, B, C; Boże ziarno. Homilie na rok A, B, C; Umierać w Chrystusie. Pomoce do homilii i kazań pogrzebowych; Maryja z Nazaretu – zbiór kazań na wspomnienia, święta i uroczystości maryjne; Miłość nie szuka swego. Pomoce do homilii o sakramencie małżeństwa; Dekalog. Na kanwie Katechizmu Kościoła Katolickiego; Sól ziemi i światłość świata (tomy 1-7) – jedyna książka prezentująca sylwetki wszystkich beatyfikowanych i kanonizowanych przez Ojca Świętego Jana Pawła II; Bez aureoli. Postacie niezwykłe, godne podziwu i naśladowania; Jan Chrzciciel; Prorok z dalekiego kraju i wielu innych pozycji.

Poniżej przedstawiam nauki ks. Podlejskiego na temat Ośmiu Błogosławieństw, publikowane w dwumiesięczniku religijno-społecznym, dla rodzin – „czas SERCA”.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie …

W słowach Jezusa o prześladowanych, którzy są błogosławieni, czyli szczęśliwi, tkwi wyraźny paradoks, każdy bowiem prześladowany, wzgardzony czy niesłusznie oskarżony wie, że taka sytuacja boli; że prześladowany jest daleki od radości i szczęścia. Dlaczego właściwie prześladuje się tych, którzy odważnie reprezentują Jezusa słowem i czynem?

Człowiek jest wrażliwy na prawdę. Ona zmusza do myślenia, zajmowania stanowiska, do podejmowania wyborów. Natura prawdy jest taka, że zmusza do stanięcia, opowiedzenia się po jej stronie lub po przeciwnej, czyli po stronie kłamstwa, pozorów, półprawd i wygody. Prawda jest bowiem często niewygodna. Prawda Chrystusowa jest prawdą Boga. Zadaniem Jezusa było głoszenie słów Ojca, według Jego słów „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Jezus powiedział również: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6). Słowa Jezusa są zaskakujące i śmiałe.

Jezus nie jest głosicielem religijnych nowinek, oryginalnych poglądów i karkołomnych wizji. Chrystus jest światłem. Przyszedł, aby zaświadczyć o światłości. Jezus nie szuka prawdy. On jest prawdą. Jezus głosi prawdę Bożą z godnością, pewnie – jak ktoś, kto ma moc. Jezus głosi prawdę i żąda wiary w nią. Nie jest guru sekty ani fanatykiem. Wie, że prawda jest ważna jak chleb; że jest światłem, które oświeca i ożywia ducha, czyni wolnym. Nie ma wolności bez prawdy. Prawda Chrystusa jest życiem skierowanym ku wieczności. Kto w Jezusa wierzy, będzie żył, choćby i umarł (por. J11,25-26).

Przyjmować prawdę, głosić ją i żyć zgodnie z nią to zadanie trudne i niepopularne. Kto prawdę traktuje poważnie, denerwuje tych, którzy postrzegają ją subiektywnie. Prawda wymaga wysiłku i odwagi. Głosiciel prawdy jest lustrem, które obnaża, ocenia i sądzi. Gdy lustro obnaża mizerię człowieka, trzeba się poprawić lub rozbić lustro. Ludzie wybierają przeważnie drugą możliwość, by ocalić dobre mniemanie o sobie. Nie tylko Kościół jest krytykowany, gdy mówi o konieczności dyscypliny seksualnej, o poszanowaniu życia od naturalnego poczęcia do śmierci, o sprawiedliwości społecznej, ewangelicznej hierarchii wartości. Każdy chrześcijanin, który na serio traktuje prawdę Chrystusową, naraża się na kpiny, krytykę i osamotnienie, i to nie tylko ze strony zdeklarowanych przeciwników chrześcijaństwa.

Chrystus przez dwa tysiąclecia był kochany i nienawidzony. Tak będzie prawdopodobnie do końca dziejów. Jego prawda dotyka najskrytszych zakamarków duszy, budzi sumienie, prowokuje decyzje i wybory, często trudne i bolesne. Być człowiekiem to liczyć się z głosem sumienia, który jest głosem Boga. Chrystus jest panem naszego sumienia. Bez ogródek wskazuje na nasze błędy, uchybienia i grzechy. Pomaga nam również dokonywać dobrych wyborów i w nich trwać. Kto chce być prawdziwym uczniem Chrystusa, musi bardziej słuchać głosu sumienia niż kogokolwiek innego. Konsekwentne realizowanie woli Bożej przyniesie ze sobą problemy, o czym Chrystus wspominał. Tego typu kłopoty są jednak równocześnie wyrazem łaski – źródła głębokiej, wewnętrznej radości.

Potomkowie prześladowców Chrystusa uciekają się do coraz bardziej perfidnych sposobów walki z Synem Bożym. Unikają bezpośredniej walki za pomocą „ognia i miecza” bo zrozumieli, że krew męczenników jest źródłem nowego rozkwitu chrześcijańskiego życia. XX wiek był wiekiem największych prześladowań wyznawców Chrystusa. Uważano chrześcijan na przestępców i zdrajców. Nie mordowano ich w spektakularny sposób, jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa na arenie, publicznie, ale za drutami kolczastymi, z dala od ludzkich oczu, dziennikarzy i filmowców. Pozwolono im cieszyć się wolnością błaznów, izolowano ich, skazując na wewnętrzną emigrację. Pozbawiano możliwości awansu społecznego i uczestniczenia w życiu publicznym. Klasyczne pojęcie męczeństwa nie jest właściwe dla określenia tego typu walki z wiernymi. Współcześni prześladowcy stosują metody psychologiczne i socjologiczne. Nie chcą produkować męczenników, ale ludzi słabych, pozbawionych kręgosłupa moralnego, ludzi złamanych i upokorzonych, błagających swoich prześladowców o przebaczenie i zmiłowanie, bo wystąpili przeciwko postępowemu społeczeństwu i zasłużyli na karę.

Pan Bóg wie, dlaczego często Jego najlepsi uczniowie muszą doświadczać tylu niezasłużonych cierpień. Jest w tym jakaś niepojęta dla nas tajemnica. Jest w cierpieniu jakaś tajemnicza, oczyszczająca moc, skoro Syn Boży wybrał drogę cierpienia, poniżenia i haniebnej śmierci na szubienicy krzyża dla naszego zbawienia. Po Jego Górze Oliwnej i Golgocie nastąpiło Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie i… życie.

Pierwszy męczennik Kościoła, św. Szczepan, modlił się przed śmiercią, by Pan Jezus przyjął jego ducha i nie policzył oprawcom ich grzechu. Prawdziwym zwycięzcą był Szczepan. Z jego męczeństwa wyrosło powołanie niejakiego Szawła, który pilnował szat kamieniujących. Niebo jest nagrodą wszystkich, którzy uwierzyli Chrystusowi, poszli za Nim i wytrwali przy Nim wiernie w cierpieniu i miłości. Jezus obiecał to wszystkim prześladowanym z Jego powodu. Powiedział, że tak było zawsze. Nie zdradził jednak istotnej, tajemniczej przyczyny takiej sytuacji.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój

Przez pokój rozumie się na ogół czas, kiedy armaty milczą. Jednak prawdziwym źródłem zewnętrznego pokoju jest wewnętrzna kondycja człowieka – Chrystusowe zrozumienie sprawiedliwości, uczciwości, przyzwoitości i moralności, której nie motywuje wyłącznie ludzka przebiegłość, polityczna racja i dążenie do pomnażania wpływów, rozumiane jako panowanie nad innymi, kontrolowanie słabszych i dostęp do tanich surowców. Siódme błogosławieństwo jest twardym zobowiązaniem i ciężkim brzemieniem, którym Chrystus obarcza tych, którzy Mu zaufali.

Jezus był Żydem. Mówiąc o pokoju, używał słowa szalom, które nie ma odpowiednika w żadnym innym języku. Pinchas Lapide, żydowski teolog, tłumaczył, że szalom nie jest równoznaczne z rzymskim pojęciem pax romana. Szalom oznacza integralną harmonię wewnętrzną człowieka, jego jasny stosunek do Boga, ludzi i świata. Szalom jest antytezą wszelkiego wewnętrznego rozdwojenia, rozbicia. Szalom oznacza więc dobre samopoczucie i zdrowie, spokój sumienia, szczęście, dobrobyt, stabilność, pogodę ducha, płodność w znaczeniu fizycznym i duchowym, sprawiedliwość pojmowaną jako świętość oraz świadomość, że także w dziedzinie polityki, przyrody i teologii panuje harmonia, wszystko jest, jak trzeba. Wszystkie wymienione elementy i jeszcze wiele innych to przejawy porządku zaplanowanego przez Boga.

Jezus, ukazując się swoim uczniom po Zmartwychwstaniu, rozpoczynał każde spotkanie z nimi brzemiennym pozdrowieniem szalom. Nazywał szalom swoim pokojem; pokojem, którego świat dać nie może. Chrystus powierzył swój pokój ludziom dobrej woli; ludziom, którzy rozumieją, że prawdziwy pokój rodzi się w sercu człowieka i stanowi zobowiązanie wobec Boga – jego Dawcy. Prawdziwy pokój jest darem Boga. Ludzie potrzebują Bożego pokoju bardziej niż powietrza i chleba powszedniego. Jezus przyszedł na świat, by ukazać bezsens podziałów, uprzedzeń, chciwości, upajania się władzą i kierowania się egoizmem. Pokój Chrystusa jest darem i zadaniem. Jego filarem jest przebaczenie win i zjednoczenie z miłością Boga Ojca. Komu Pan Bóg przebaczy jego winy, temu zapewnia pokój serca. Nie ma prawdziwego, wiarygodnego pokoju na świecie bez Boga. Prawdziwy pokój jest przede wszystkim wynikiem chwały oddawanej Bogu. Kto pragnie zaprowadzić trwały pokój bez Bożej chwały, trudzi się daremnie, co historia, zwłaszcza XX wieku, aż nadto wyraźnie pokazuje.

Drugim warunkiem prawdziwego pokoju są ludzie, w których Bóg sobie upodobał. Są to ludzie dobrej woli, którzy potrafią się dzięki Bogu uporać z własnym egoizmem i dzięki temu w pokoju żyć z bliźnimi. Każdy przejaw złej woli buduje mur między ludźmi. Pan Bóg nie likwiduje bezpośrednio żelaznych kurtyn ani muru berlińskiego, bo szanuje wewnętrzną wolność człowieka. Potrafi je jednak zburzyć pośrednio, przy pomocy ludzi dobrej woli, co także ilustruje historia XX wieku. Pan Bóg nie zmusza do życia w pokoju, ale pomaga, wskazuje jedynie skuteczną drogę do jego realizacji.

Jednym z najtrudniejszych zadań chrześcijan na tym świecie jest wprowadzanie pokoju, godzenie zwaśnionych braci, gaszenie wybujałych namiętności i ambicji, zwalczanie przeciwieństw i przekonywanie, że pokój jest lepszy niż wojna, która zawsze jest przegraną ludzi, nawet wtedy, gdy wygrywają. Chrześcijanin zabiegający o pokój musi być ponad zwaśnionymi partiami, nie może liczyć się z prestiżem osób, ich stanowiskami i pozycją. Musi jasno i rzeczowo umieć przedstawić swoje racje, zakorzenione w Ewangelii. Tak postępował papież Jan Paweł II, za co nie zawsze zbierał oklaski. Chrześcijanin wprowadzający pokój często może być narażony na nieprzyjemności i często dosięga go gniew innych. To jednak nie zwalnia go z realizowania pokojowej misji. Jezus poszedł tak daleko, że zażądał od swoich wyznawców miłości nieprzyjaciół i modlitwy za tych, którzy ich prześladują. Jest to warunek, by zostać nazwanym synem Ojca, który jest w niebie.

Po ludzku rzecz biorąc, Pan Jezus nie zdołał pokonać mocno zakorzenionych uprzedzeń, duchowej ciasnoty, pychy i powierzchownej pobożności swojego otoczenia, mimo to pozostał swojej misji wierny do końca – jest to dla każdego chrześcijanina cenna wskazówka. Jezus nie głosił pokoju za wszelką cenę. Nie kokietował opinii publicznej i nie przypochlebiał się możnym tego świata. Jego wizja pokoju oparta jest na prawdzie i miłości, o których ludzie najczęściej tylko marzą, lub przynajmniej tak twierdzą, praktycznie jednak hołdują własnej prawdzie i własnej miłości. Jezus wiedział, jak trudno być orędownikiem prawdziwego pokoju. Nie oceniał więc tych, którzy wprowadzają pokój według ich osiągnięć i sukcesów, ale ocenił ich według ich wewnętrznego usposobienia i uporu, z jakim wierzą w Jego pokój i próbują go realizować. Tego samego spodziewa się po Kościele, który często daremnie nawołuje do pokoju, angażuje się w pokojowe działania i tłumaczy jego mechanizmy. Niezależnie od rezultatów, Ewangelia Chrystusowa pozostaje najpotężniejszą siłą pokojową na świecie.

Ci, którzy wprowadzają pokój, nazwani będą synami Bożymi. Są oni bowiem najlepszymi reprezentantami, ambasadorami Pana Boga, współtwórcami Bożego pokoju na świecie – pokoju, którego świat dać nie może.

Błogosławieni czystego serca

W Piśmie Świętym serce jest symbolem życia wewnętrznego. Jezus, podkreślając rolę serca, odróżniał życie wewnętrzne człowieka od jego życia zewnętrznego. Serce to taki niezwykły telefon komórkowy, za pomocą którego człowiek może nawiązać kontakt z Bogiem. Szukanie Boga za pomocą słów bez udziału serca jest stratą czasu. Stary Izajasz narzekał w imieniu Pana Boga: „Ten lud zbliża się do Mnie tylko w słowach i sławi Mnie tylko wargami, podczas gdy serce jego jest z dala ode Mnie” (Iz 29,13). Życie zewnętrzne człowieka bez uczciwej i rzetelnej inspiracji serca przypomina Pawiową miedź brzęczącą i cymbał brzmiący. Dzisiaj o takim człowieku może wystarczy powiedzieć: „cymbał!”

Serce jest także komórką, przy pomocy której człowiek odbiera Boże impulsy. Otwarte, czyste serce człowieka nawiązuje kontakt z Bogiem, żywo reaguje na Jego dary, inspiruje myślenie i działanie zgodne z wolą Boga, kieruje uczuciami, emocjami, pozwala właściwie dobierać słowa. Pierwszy werset Księgi Mądrości przekazuje m.in. takie słowa: „Szukajcie Go [Boga] w prostocie serca”. Serce zaśmiecone grzechami, wątpliwościami i niewiarą staje się ekspozyturą zła. To właśnie serce decyduje o tym, że człowiek jest dobry lub zły. Jezus nauczał, że Bóg pragnie posiąść nasze serca bez reszty. Bóg nie chce, żebyśmy Go traktowali jak nieprzyjemnego przełożonego, którego należy słuchać, by nie zasłużyć na dyscyplinarną karę i mieć święty spokój. On chce, byśmy Go kochali, byśmy Mu oddali nasze serca. Człowiek jest istotą niedoskonałą, naznaczoną grzechem pierworodnym. Jego miłość będzie więc miłością niedoskonałą, o czym Pan Bóg doskonale wie. Nie spodziewa się więc po nas rzeczy niemożliwych, ale liczy na naszą dobrą wolę, bo to jest jedyna rzecz, jaką możemy Mu ofiarować. Jest to dar z naszej wolności, która jest także Jego darem dla nas.

Błogosławieni czystego serca… Czyste serce mają ci, którzy niczego nie ukrywają, nie przemilczają, nie są obarczeni winą i nie mają wobec innych złych zamiarów. Nie chcą udawać, by innych zmylić. Ludzie bowiem oceniają innych po tym, co zewnętrzne, Bóg natomiast zna ludzkie wnętrze, zna nasze serca. Człowiek może stać się partnerem Boga, gdy ma czyste serce. Bogu należy się w nim zdecydowane pierwsze miejsce, w końcu wszystko, co stworzone, do Niego należy.

Jezus, będąc człowiekiem, pokazał, co znaczy kochać Boga nade wszystko. Najpełniejszym wyrazem Jego miłości do Ojca była dobrowolnie poniesiona śmierć na krzyżu. Człowiek rzadko jest zdolny do tak heroicznej miłości. Może jednak przez uparte dążenie do zjednoczenia z Bogiem wejść na drogę ciągłego oczyszczania swego serca, podjąć proces świadomego zmierzania do świętości, co oznacza całkowite zaufanie Bogu i zakorzenienie w Nim całego swojego jestestwa. Świadomie dążyć do świętości to znaczy wiernie i uparcie pragnąć zjednoczenia z Bogiem; w razie sprzeniewierzenia się Bogu, należy jak najszybciej wrócić na drogę miłości i żmudnie nią kroczyć, realizując ideały królestwa niebieskiego aż stanie się ono rzeczywistością. Człowiek czystego serca stara się w miarę swoich sił i możliwości ciągle od nowa orientować swoje życie według Bożej woli. Jeśli coś nie udało się wczoraj, może udać się jutro. Człowiek czystego serca jest czujny, świadomy swoich słabości; świadomy, że w życiu doczesnym nie osiągnie pełnej świętości, ale jednocześnie ufny, że droga miłości jest jedyną drogą prowadzącą do ostatecznego zjednoczenia z Bogiem. Święty Augustyn powiedział: „Niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu”. Nie ma na tym świecie chrześcijan doskonałych, a już zupełnie mylą się ci, którzy się za takich uważają. Immanuel Kant powiedział kiedyś: „Człowiek nigdy nie jest, ale zawsze ma być błogosławiony”. Chrystus nie postawił przed swymi uczniami jako przykład do naśladowania herosów, uczonych, polityków i wodzów, ale dzieci, bo tylko serce dziecka mimo umorusanej buzi i obitych kolan, przypomina człowiekowi pierwotną niewinność, którą rodzice rajscy zaprzepaścili. W sercu dziecka nie zdążyła się jeszcze zagnieździć obłuda i podstęp. Jest czyste, bo wolne od grzechu i winy. Serce dziecka jest wolne, otwarte na Bożą miłość, co widać w jego oczach. Oczy są oknami duszy.

Kiedy rodzice przynosili do Jezusa dzieci, żeby na nie kładł ręce, uczniowie surowo im tego zabraniali. Jezus zbeształ uczniów i powiedział: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im: do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego” (Łk 18,16-17). Teresa z Lisieux doskonale zrozumiała słowa Jezusa o dzieciach i królestwie Bożym. Zachowała czystą, kochającą duszę dziecka do końca swoich dni, przez co wywarła ogromny wypływ na Kościół w XX wieku.

Błogosławieni miłosierni

Miłosierdzie jest aktualne zawsze i wszędzie, bo jest odbiciem wielkiego miłosierdzia Bożego. Miłosierdzie i sprawiedliwość są dla Jezusa głównymi filarami prawa. Jezus zacytował kiedyś starego Ozeasza, mówiąc: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,13). Cytując tego proroka, podkreślił konieczność świadczenia miłosierdzia nie tylko w stosunku do ludzi zaatakowanych przez zbójców, ale do wszystkich, którzy cierpią na ciele i duszy.

Bóg jest Bogiem sprawiedliwym, jest jednak także Bogiem miłosiernym. Miłosierdzie jest bodaj najpiękniejszą i najważniejszą cechą miłości. Święty Jan powie prosto i jasno, że „Bóg jest miłością”. Bóg jest więc przede wszystkim miłosierdziem, co Jezus potwierdzi, opowiadając przypowieść o synu marnotrawnym. Gdyby Bóg był Bogiem li tylko sprawiedliwym w naszym rozumieniu, ludzie nie mieliby żadnej szansy. Jezus objawił siostrze Faustynie prawdę o miłosierdziu Bożym, by omotanego więzami grzechu człowieka nie pozbawiać nadziei. Jezus powiedział: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą” (Mt 7,1-2). Żydowskie słowo miłosierdzie (rachamim) pochodzi od słowa rechem i znaczy „łono matki”. Miłosierdzie jest więc cnotą, którą najlepiej pokazują kobiety, matki. Uwerturą do miłosierdzia jest współczucie, które jest serdecznym udziałem człowieka w radościach i cierpieniach innych ludzi. Fryderyk Nietzsche gardził współczuciem. Uważał, że jest ono słabością, chorobą zakaźną i źle wyrażał się także o współczujących. Pan Bóg chyba pod koniec życia otworzył mu oczy i serce, bo błyskotliwy i dumny filozof skazany był na współczucie i miłosierdzie własnej siostry, która na szczęście miała wielkie serce. Współczucie bardziej kieruje się uczuciami, miłosierdzie jest wyrazem dojrzałej, ofiarnej miłości, która nie potrzebuje poruszeń serca, ale cieszy się, gdy ono jej towarzyszy.

Najwspanialszym i najhojniejszym darem miłosierdzia Bożego jest Syn Człowieczy, który stał się człowiekiem dla naszego zbawienia. Jezus słowem i przykładem świadczył o Bożej miłości i miłosierdziu. Przekazał Piotrowi najwyższy urząd w Kościele po zdaniu przez niego publicznego egzaminu z miłości. Nazwał go wtedy Szymonem, synem Jony, zwracał się wtedy nie tylko do opoki, która będzie musiała wiernie trwać przy prawdzie Ewangelii, ale apelował do człowieka, który – mimo trudnego obowiązku stania na straży Kościoła – będzie musiał pozostać ludzki, wyrozumiały, miłosierny. Znakiem Kościoła ma być – zgodnie ze słowami Jezusa – wzajemna miłość jego wyznawców. Królestwo Jezusa jest królestwem miłosierdzia. Błogosławieni, którzy potrafią współczuć i łagodnie traktować swoich bliźnich, bez względu na to, jacy oni są. Jezus żąda, żebyśmy otwierali nasze serca ze względu na Niego i obejmowali naszym miłosierdziem wszystkich bez wyjątku: kochanych, lubianych, miłych, a także niekochanych, nielubianych, nieuprzejmych, a nawet odrażających.

Miłosierdzie jest, zdaniem św. Tomasza z Akwinu, szczytem dojrzałej chrześcijańskiej religijności. Komu Bóg wyświadcza miłosierdzie, ten nie może pozostać obojętny na potrzeby braci i sióstr. Bóg jest miłosierny tylko dla miłosiernych, co Jezus podkreślił w Modlitwie Pańskiej słowami: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Nie powinno być ono jedynie ulotnym porywem serca, powierzchownym współczuciem czy demonstracją swego charytatywnego zaangażowania. Powinno ono zaowocować czynem. Miłosierdzie nie unieważnia sprawiedliwości Bożej, ale ukazuje, że jest ono ważniejsze. Jan Paweł II przebaczył człowiekowi, który do niego strzelał, uważał jednak, że za taki czyn trzeba odbyć karę więzienia. Miłosierdzie i sprawiedliwość nie wykluczają się wzajemnie, warto o tym pamiętać. Pan Bóg jest miłosierny, co nie znaczy, że przestał być sprawiedliwy. Miłosierdzie i sprawiedliwość współistnieją u Boga w tajemniczy sposób, dla nas niepojęty. Jezus przez siostrę Faustynę dał nam jednak do zrozumienia, że Jego miłosierdzie nie ma granic, pod warunkiem, że grzesznik całkowicie Mu zaufa.

Sprawiedliwość opiera się na prawie. Ktoś, kto piastuje urząd publiczny, musi się opierać na przepisach prawa, choć czasem serce z przepisami nie współgra. Władza, która kierowałaby się jedynie miłosierdziem, doprowadziłaby życie społeczne i publiczne do chaosu. Święty Tomasz z Akwinu napisał, że „miłosierdzie bez sprawiedliwości jest matką nieporządku. Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrucieństwem”.
Miłosierdzie jest otwarte na problemy ludzkie. Człowiek miłosierny wychodzi naprzeciw ludzkim problemom, jest bezinteresowny i często narażony na ataki tych, którzy miłosierdzia nie znają. Człowiek miłosierny nie kieruje się modą, ideologią, chęcią przypodobania się opinii publicznej. Źródłem jego postępowania jest Boża miłość.

Człowiek miłosierny ma uczestnictwo w miłosierdziu Bożym. Jest mocny, roztropny, przewidujący. Okazywanie miłosierdzia nie jest przejawem jego słabości, wręcz przeciwnie – jego mocy.

Błogosławieni sprawiedliwi

Sprawiedliwość jest odwiecznym marzeniem człowieka, choć jej zarys nie jest szczególnie jasny. Przez sprawiedliwość każdy człowiek rozumie na ogół swoją własną sprawiedliwość, która ze sprawiedliwością Bożą najczęściej ma niewiele wspólnego. Faktem jest, że każdy pragnie czyjejś sprawiedliwości i często głośno deklaruje, że niczego poza tym nie chce. Gdy kogoś spotyka niesprawiedliwość, wtedy cierpi, zamyka się w sobie i gorzknieje.

Fakt, że pragnienie sprawiedliwości jest bardzo silne, co znaczy, że ludzie ciągle wierzą, że sprawiedliwość można urzeczywistnić; że sprawiedliwość może i powinna być fundamentem porządku społecznego. Nawet ludzie, którzy odeszli od Dekalogu, zawierającego najlepsze wskazówki, jak żyć sprawiedliwie, wiedzą, że bez sprawiedliwości życie jest nieznośne i człowiek prędzej czy później staje się ofiarą samowoli i niewoli. Gdy sprawiedliwość społeczna zostaje przytłumiona przez przemoc, egoizm lub partyjnych baronów, wtedy następuje zazwyczaj koniec godnego życia i o wolności można zapomnieć. Sprawiedliwość, o której mówi czwarte błogosławieństwo, polega na ciągłej walce z własnym egoizmem. Kieruje się ona przede wszystkim poczuciem obowiązku i głosem sumienia. Człowiek sprawiedliwy stara się nie ulegać emocjom, nastrojom i własnym, fałszywym wyobrażeniom, że należy mu się więcej niż innym, ale skupia się na swoich obowiązkach, na tym, co winien w imię sprawiedliwości uczynić dla bliźnich. Prawdziwa sprawiedliwość nie bierze pod uwagę własnych życzeń, prestiżu czy posiadanej władzy. Jej miarą jest wierność obowiązkom − nawet, gdy ich wypełnienie nie sprawia radości. Tak pojęta sprawiedliwość nie ma wielu zwolenników. Jest tolerowana do momentu, gdy przypadkowo odpowiada subiektywnym wyobrażeniom o sprawiedliwości lub nie wymaga zbyt wiele wysiłku.

Pan Jezus mówił przede wszystkim o sprawiedliwości będącej owocem bojaźni Bożej i postępowaniem zgodnym z Bożą wolą. Jean-Paul Régimbal powiada, że sprawiedliwość w rozumieniu Jezusa „oznacza przede wszystkim prawość serca i umysłu. Sprawiedliwy jest ten, kto żyje zgodnie z wolą Bożą, a więc wiedzie życie święte. Jezus nie mówi więc o wierności Prawu (co więcej, nawet potępia legalizm niektórych faryzeuszy), lecz o świętości, do której wszyscy jesteśmy powołani”. Zadufany w sobie faryzeusz, który wyliczał przed Bogiem swe zasługi, wrócił do domu z kwitkiem. Celnik, który bił się w piersi i prosił Boga o litość, odszedł usprawiedliwiony. Sprawiedliwość (usprawiedliwienie) jest bowiem dziełem Boga. Ludzka sprawiedliwość jest najczęściej usankcjonowaną niesprawiedliwością. Jezusowe pojęcie sprawiedliwości (zedaka) obejmuje prawość, dobroć i miłość, stapiając je w jedno. Wzorem człowieka sprawiedliwego był św. Józef, mąż Maryi i opiekun Jezusa. Doznał w życiu wiele niesprawiedliwości ze strony władzy i ludzi, jednak nie walczył z nią, ale zabiegał o bycie sprawiedliwym przed Bogiem, o postępowanie zgodne z Jego wolą. Chrystus potwierdził później słuszność tak pojętej sprawiedliwości − łaski, Bożego daru. Jezus obdarza swoją sprawiedliwością wszystkich, którzy jej łakną i pragną, o czym zapewnia w czwartym błogosławieństwie.

Chrystusowa sprawiedliwość wobec Ojca osiągnęła swój szczyt na krzyżu. Jedynie Syn Boży, który oddał życie za zbawienie świata, może uczynić kogoś sprawiedliwym i usprawiedliwionym. Chrystusowa sprawiedliwość jest świętością, a świętość − owocem miłości Boga i ludzi. Świętość jest łaską i zarazem zadaniem. W czwartym błogosławieństwie można z powodzeniem zastąpić sprawiedliwość świętością: „Błogosławieni, którzy łakną i pragną świętości, albowiem oni będą nasyceni”. Łaknienie i pragnienie świętości jest jej początkiem, zadatkiem, biblijnym ziarnkiem gorczycy, kwasem, skarbem i perłą. Zgodnie ze słowami Chrystusa tylko człowiek sprawiedliwy jest w stanie zadbać o sprawiedliwość w ludzkim, pospolitym rozumieniu. Człowiek niełaknący i niepragnący Bożej sprawiedliwości nigdy nie osiągnie sprawiedliwości tu i teraz, choćby nie wiadomo jak się starał i szastał wzniosłymi frazesami na jej temat. Pragnienie i łaknienie sprawiedliwości nie oznacza biernego znoszenia niesprawiedliwości czy cierpiętnictwa, ale czynne zaangażowanie się w walkę o sprawiedliwość, o jej urzeczywistnianie. Trzeba zacząć od własnego podwórka, co jest najtrudniejsze, ale możliwe i często ogromnie skuteczne.

Pragnienie i łaknienie sprawiedliwości jest w istocie tęsknotą za Bogiem − jedyną i absolutną sprawiedliwością, często niezrozumiałą i niepojętą dla ludzi zaślepionych pychą i rażonych głupotą. Henri Nouwen pisze w swoim dzienniku, że pewien niemiecki najeźdźca stanął w polskim kościele przed ołtarzem i krzyczał upojony zwycięstwem, że Boga nie ma. Gdyby Bóg był, dowiódłby, że istnieje, i powaliłby na ziemię tak zuchwałego człowieka jak on. Bóg nie powalił go na ziemię, bo Bóg nie jest zuchwały i okrutny. Boża sprawiedliwość, której wyobrażenie nosi w sobie każdy człowiek, nawet największy głupiec, niebotycznie różni się od starotestamentowej zasady „oko za oko, ząb za ząb”.

Błogosławieni cisi

Słowo „cisi” odpowiada greckiemu prays i znaczy tyle co „spokojna beztroska” lub „pokorna cierpliwość”. Niemieckie tłumaczenie nawiązuje do terminu mild, czyli „łagodny”. Marcin Luter użył zaś słowa soften – „łagodne usposobienie”. Luter był świetnym tłumaczem Biblii, jednak w przypadku trzeciego błogosławieństwa czegoś nie dopatrzył. Łagodne usposobienie jest cechą temperamentu, niekoniecznie zaś wyrazem miłości.

Biblia Tysiąclecia słusznie pozostaje przy słowie „cichość”. Cisi to ludzie, którzy nie chcą uciekać się do przemocy. Tłumacze na pewno mają swoje racje, proponując taki czy inny synonim, nie mogą jednak uniknąć pewnych przesunięć semantycznych, co zniekształca oryginalne brzmienie.

Dzisiaj człowiek cichy raczej nie kojarzy się z siłą, opanowaniem, mądrością czy dalekowzrocznością. Wydawać by się mogło, że to raczej życiowy nieudacznik, słaby psychicznie, bez siły przebicia, pragnący przede wszystkim zachować tzw. święty spokój, także za cenę upokorzeń i hańby. Natomiast osoba wyciszona jest łagodna i opanowana, ale nie słaba.

Jezus uzupełni później trzecie błogosławieństwo słowami: „(…) uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,29). Cichość u Jezusa idzie w parze z pokorą. Jak wiadomo, Jezus nie był ani słaby, ani nieporadny, nie brakowało mu siły charakteru. Należy więc przez pryzmat cichości, łagodności, opanowania czy pokornej cierpliwości rozumieć ludzi podobnych do Niego.
Jezus milczał, gdy milczenie było najlepszą reakcją na zło, ale i odzywał się wtedy, kiedy sytuacja tego wymagała. Chciał na przykład zmusić do myślenia arcykapłana, który Go uderzył w twarz: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?” (J 18,23). Jezus potrafił wyrzucić ze świątyni sprzedających i kupujących, powywracać stragany i ławki sprzedawców gołębi. Mówił przy tym pełen świętego oburzenia: „Mój dom ma być domem modlitwy, a wy czynicie go jaskinią zbójców” (Mt 21,12-13). Mimo to wzywał, by uczyć się od Niego cichości i pokory serca. Cichość bowiem ma swoje korzenie w miłości.

Trzecie błogosławieństwo obnaża pewien stereotyp obecny w ludzkiej mentalności, który polega na przekonaniu, że zło tego świata można i trzeba zwalczać przy pomocy siły; bić do utraty tchu, gdy się samemu oberwało. Taka metoda „naprawiania” świata jest zupełnie nieskuteczna, bo pałający chęcią odwetu i zemsty upodabnia się do agresora, sam się nim staje i do już istniejącego zła dodaje kolejne. Gniew rodzi się ze strachu, z egoizmu.  Gdy Piotr dobył miecza i odciął Malchosowi ucho, Jezus kazał mu się uspokoić, zaś ucho uzdrowił, ponieważ sprzeciwiał się agresji. Faktem jest, że trzecie błogosławieństwo po dziś dzień jest niezrozumiałe, bo wymyka się wszelkim regułom, jakie człowiek stosuje w praktyce. Jezus wymaga od ludzi maksymalnego wysiłku i woli w budowaniu prawdziwego pokoju. Nie chce przy tym pozbawić swoich wyznawców poczucia sprawiedliwości i zmusić ich do milczenia. Pragnie głębokiego zrozumienia mechanizmu zła, chce, by Jego uczniowie mieli silne charaktery, aby mogli dzięki temu przerwać pasmo przemocy i nakłonić przeciwnika do zastanowienia i wyciszenia.

Mahatma Gandhi nazwał później taką postawę biernym oporem i udowodnił, że jest ona tak skuteczna, że stosując ją można zmusić do kapitulacji nawet potężne imperium. Przywódca indyjski powiedział, że nieużywanie przemocy nie jest bronią słabych, lecz mocnych serc. I dodał: „Kto nie chce używać przemocy, nie może się gniewać na tego, kto go obraża. Nie może mu życzyć źle. Musi mu życzyć dobrze (…). Nieużywanie przemocy jest czystą formą miłości”.

Cnota cichości, łagodności wzmacnia wolność człowieka, a równocześnie uczy go umiaru. Człowiek cichy panuje nad uczuciami gniewu i zemsty. Niestety w ludzkiej mentalności ciągle pokutuje przekonanie, że bohaterem jest ten, kto w obliczu niebezpieczeństwa potrafi walczyć, zwyciężyć i upokorzyć napastnika. Ktoś taki jest nazywany człowiekiem sukcesu. Człowiek cichy z Jezusowego błogosławieństwa jest bohaterem w innym znaczeniu: potrafi odnieść zwycięstwo nad samym sobą, zapanować nad złymi emocjami, użyć wszystkich duchowych sił, by załagodzić konflikt, rozwiązać problem, ponosząc minimalne straty. Przykładem dla człowieka cichego jest sam Jezus, który pokazał, że duch jest zawsze silniejszy od przemocy, bicza i krzyża, od wież strażniczych, drutów kolczastych czy karabinów szybkostrzelnych. Chrystus obiecał cichym, że posiądą ziemię. Również historia dostarcza wielu cennych przykładów, że należy Jego obietnicę traktować poważnie. Jednym z nich jest upadek reżimu komunistycznego. Przyczynił się do niego cichy papież i ludzie, którzy uwierzyli Jezusowej obietnicy.

Duch cichości jest silniejszy od przemocy i niesprawiedliwości. Potrafi dla królestwa niebieskiego zrobić o wiele więcej niż Kodeks prawa kanonicznego, działania administracyjne czy polityczne. Jezus rządzi światem przy pomocy miłości. Szanuje jednak człowieczą wolność. Naśladowanie Jezusa jest jedyną skuteczną drogą do pokonania wszelkiej agresji, przemocy, fałszu i niesprawiedliwości.

Błogosławieni, którzy się smucą

Smutek może prowadzić do płaczu. Jeszcze bardziej cierpienie – i to nie tylko cierpienie z powodu popełnionego zła. Każde cierpienie może zaowocować łzami. Błogosławieni, którzy płaczą. W naszej kulturze wmawia się mężczyznom, że powinni wstydzić się łez, więc tłumią je i udają twardzieli. Ciekawe, że statystycznie mężczyźni żyją o kilka lat krócej niż kobiety. Kobiety płaczą częściej. Wydaje się, że mają więcej powodów do ronienia łez. Trzeba pozwolić mężczyznom na łzy. Święci Franciszek i Klara często płakali razem. Wielu świętych z szacunkiem mówiło o darze łez.

Smutek, o którym Jezus mówił w Kazaniu na górze, ma swoje źródło w nadwerężonej przez grzech pierworodny kondycji ludzkiej, w świecie, który jest przesiąknięty złem spowodowanym przez grzech pierworodny. Chrześcijanin musi przez ten świat przechodzić, co dalibóg, nie napawa szczęściem. Smutek, który Jezus nazywa błogosławionym, nie ma nic wspólnego ze zniechęceniem czy pogardą dla świata. Nie jest także całkowitym rozczarowaniem, w którym czai się rozpacz. Rozpacz jest dzieckiem beznadziei, beznadzieja zaś – ślepą ulicą. Nie jest także błogosławionym smutek, o którym napisał ks. Jan Twardowski, że od „rozpaczy gorszy smutku cichy kotek, co nawet wszystkim świętym popsuje robotę”. Tragizm rozpaczy i beznadziei może uleczyć tylko Bóg, który niczego bardziej nie pragnie, ale szanuje wolność człowieka, którą sam mu ofiarował. Błogosławiony smutek jest duchowym znamieniem chrześcijanina; jest zjawiskiem towarzyszącym autentycznej wierze w królestwo niebieskie, które przyszło na świat z Chrystusem, ale dopiero w eschatologicznej przyszłości ogarnie człowieka bez reszty, pocieszy go i uszczęśliwi. Święty Paweł napisał w I Liście do Koryntian: „(…) Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (2,9).

Chrześcijanin, żyjąc w świecie skalanym grzechem pierworodnym, należy do Boga. W świecie spotyka Boga i przyjmuje świat jako zadanie, w którym może i powinien autentycznie i wiarygodnie wyznawać swoją wiarę, nadzieję i miłość. Chrześcijanin nie jest ani nałogowym optymistą, ani zagorzałym pesymistą. Świat nie jest rajem i nigdy nim nie będzie; nie jest także folwarkiem szatana. Chrześcijanin powinien zaakceptować świat taki, jaki on jest, bo Bóg nie spisał go na straty. Zaakceptować świat to wziąć za niego świadomą odpowiedzialność. Chrześcijanin jest bowiem cząstką tego świata, niewolną od winy za jego mizerię. Chrześcijanin nieustannie będzie spotykał się z oporem tego świata wobec wartości, które reprezentuje, i których winien bronić, czasem kosztem wielu wyrzeczeń i cierpień. Jego wysiłki często mogą przypominać wysiłki Syzyfa, co będzie napawać go smutkiem, który Jezus nazwał błogosławionym. Smutek ten nie ma nic wspólnego z uczuciem beznadziei i z krańcowym zwątpieniem. Jest raczej spokojnym, a nawet pogodnym spojrzeniem na odwieczne sprawy tego świata, usilną próbą ich skorygowania ze względu na królestwo niebieskie i zaufanie Bogu, że tak jest dobrze. Resztą zajmie się Pan Bóg, a On zawsze wie, co robi.

Leon Bloy napisał, że największym powodem smutku jest świadomość, że nie jesteśmy święci. Świadomość ta dowodzi, że bardzo chcielibyśmy być świętymi, ale rodzimy się obciążeni grzechem pierworodnym, który jest jak kula u nogi, stąd nasz smutek. Jest to smutek błogosławiony, prowadzący do pocieszenia, do radości. Wierzymy w ostateczne wybawienie świata od zła. Jest to nasza wielka nadzieja. Smutek z powodu słabości i fatalnej kondycji świata jest znakiem łaski, która ostatecznie zaowocuje radością. Święty Łukasz wyraził to w sposób jasny: „Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie” (Łk 6,21). Polskie przysłowie mówi: „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”. Przysłowia są mądrością Bożą, hojnie rozsianą wśród ludzi ubogich w duchu.

Smutek, o którym mówi drugie błogosławieństwo, nie wyklucza pewnej beztroski, a nawet wesołości, o czym świadczą biografie świętych. Wielu z nich miało ogromne poczucie humoru, choć równocześnie odczuwało błogosławiony smutek. Postawę taką prezentował na przykład św. Filip Neri. Współcześnie błogosławiony smutek z prawdziwą radością łączył Jan Paweł II, na którego twarzy można było często zaobserwować zasmucenie i równie często ciepły, figlarny uśmiech, a czasem serdeczny, spontaniczny śmiech, zwłaszcza wtedy, gdy przebywał z młodzieżą. Święci na pewno cierpią i smucą się z powodu ludzkich niedoskonałości, słabości i grzechów. Trwają w nadziei na ostateczne zwycięstwo miłości i dobra, co pozwala im także dostrzegać wesołą, śmieszną, czasem absurdalną stronę rzeczywistości. Zdrowy śmiech często ratuje skomplikowane sytuacje, zbliża ludzi i pozwala im zrozumieć, że nie są tacy ważni, za jakich się uważają.

Zdrowy dystans wobec świata, ludzi i siebie samego pozwala wyraźniej dostrzegać, właściwiej oceniać i głębiej rozumieć. Może on zaowocować łaską mądrości i już tu i teraz łaską pocieszenia.

Błogosławieni ubodzy w duchu

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3). Aramejski i grecki termin „ubodzy” oznacza żebraków, ludzi z marginesu społecznego. Żebrak znajduje się na samym dole hierarchii społecznej, chyba że uczynił z żebractwa jedynie sposób” zarabiania”, prowadząc podwójne życie: nie jest człowiekiem ubogim, choć takiego często i skutecznie udaje. Żebractwo ma różne oblicza.

Słusznie więc mamy w polskim tłumaczeniu „ubogich” żebraków. Można sądzić, że to ludzie o ciasnych horyzontach umysłowych, spętani obłudną ideologią, zniewoleni praktycznym materializmem, pozbawieni życia wewnętrznego. Nie takich ludzi miał na myśli Jezus, gdy obiecywał ubogim w duchu szczęście, choć na pewno nie wykluczał ich uczestnictwa w królestwie niebieskim, bo także oni zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boże.

Jezusa od początku Jego publicznej działalności łączyła z ubogimi serdeczna więź. Określenie „prosty lud” jest uproszczeniem, ale język jest niedoskonały – jak wszystko, co ludzkie. Ojciec Niebieski nawiązał za pośrednictwem swego Syna najpierw kontakt z prostaczkami, by oni pierwsi dowiedzieli się, że ich kocha i że oni posiądą królestwo niebieskie. Sam przymiotnik „ubogi” sugeruje, że tacy ludzie cieszą się u Boga szczególnymi względami. Jezus nie obiecywał ubogim królestwa niebieskiego, by zdobyć ich poparcie. Nie chciał ich również naiwnie pocieszać, żeby pogodniej znosili swoją ziemską niedolę. Jezus zapewniał ubogich, że Ojciec Niebieski stoi po ich stronie, choć w oczach mędrców tego świata, polityków i możnych nie są nic warci. Jezus dał ubogim do zrozumienia, że podziały wymyślone przez ludzi nie mają dla Niego najmniejszego znaczenia. Dla Niego liczy się każdy człowiek. Jezus nie obiecywał ubogim poprawy ich sytuacji socjalnej. Nie wiązał obietnicy królestwa niebieskiego z warunkiem ich przemiany moralnej. Chodziło Mu o przemianę serca, która czyni z człowieka przyjaciela Boga i obywatela królestwa niebieskiego. Królestwo niebieskie nie jest bowiem owocem czysto ludzkich wysiłków. Nie można Pana Boga za pomocą ludzkich działań zmusić do tego, by ono zaistniało.
Jezus stał się ucieleśnieniem królestwa Bożego. Przez Niego Ojciec Niebieski zaprasza wszystkich do udziału w królestwie, które jest darem Boga. Słowa Syna Bożego o królestwie niebieskim są dobrą nowiną, która mówi nie tylko o określonym czasie czy grupie społecznej, ale dotyczy bez wyjątku wszystkich, co Jezus mocno podkreślił, kierując Dobrą Nowinę najpierw do ubogich. Gdyby zaczął od możnych, byliby przekonani, że są tak samo ważni w oczach Jezusa, jak we własnych, co byłoby wielkim nieporozumieniem.

Postawa Jezusa stała się zarzewiem konfliktu z grupami społecznymi, które miały o sobie wysokie mniemanie. „Pobożni” i „sprawiedliwi” nie mogli pojąć, że Mesjasz zadaje się z celnikami i grzesznikami, o nich zaś wyraża się krytycznie, czasem bardzo krytycznie. Nie mogli zrozumieć, że królestwo niebieskie jest darem i każdy człowiek, niezależnie od kondycji społecznej, może je przyjąć. Każdy człowiek. Tylko Bóg może człowieka wybawić od zła, w jakie został on wplątany przez grzech pierworodny. Człowiek zupełnie naturalnie musi przyznać, że to, kim jest, zawdzięcza Bogu; że jego życie jest bardziej łaską niż czymkolwiek innym; bardziej Bożą wolą niż osobistą zasługą.

Człowiek prawdziwie ubogi w duchu potrafi zdystansować się do wszystkich posiadłości, przywilejów i innych zasług dających powód do prestiżu i chwały. Ubogi w duchu poznaje siebie takim, jakim w istocie jest przed Bogiem; wie, że Bóg jest wszystkim, człowiek zaś nie ma powodu do chwały, a już zupełnie do samochwały. Człowiek ubogi w duchu otwiera serce, czyniąc je wrażliwym na miłość Boga. Człowiek ubogi w duchu rozumie, że najgłębszy sens jego życia polega na przyjęciu królestwa Bożego, dla którego jest stworzony i przeznaczony. Człowiek ubogi w duchu jest człowiekiem pokornym, przekonanym, że tylko dzięki Bogu może zamienić własną mizerię na owoce miłości. Człowiek ubogi w duchu pokłada całą ufność w Bogu, bo wie, że wszystkie inne gwarancje zawodzą.

Warto przywołać tutaj fragment kazania J. Taulera, który mówił o konieczności całkowitego zawierzenia Bogu, jeśli chcemy własną marność zamienić na owoce miłe Bogu: „Koń produkuje nawóz w stajni. Nawóz pachnie nieładnie. Potem ten sam koń ciągnie z wielkim wysiłkiem własny nawóz na pole. Gdyby tego nie zrobił, nic by tam dobrego nie wyrosło. W ten sposób jednak powstaje szlachetne wino i pachnąca pszenica z tego nawozu. Nawozem są twoje własne grzechy, których nie możesz się pozbyć. Zanoś je cierpliwie i pilnie na rolę kochającego Boga. W ten sposób bez wątpienia zamienią się w upojne owoce”.

Georges Bernanos (Dialogi karmelitanek, Warszawa 1985) tak scharakteryzował ubogich w duchu: „Jedno tylko ma znaczenie: abyśmy odważni czy tchórzliwi, znajdowali się zawsze tam, gdzie Bóg chce nas mieć, zdając się na Niego co do reszty. Tak, nie ma innego lekarstwa na trwogę, jak rzucić się na oślep w wolę Bożą, tak jak jeleń ścigany przez psy rzuca się na wodę zimną i czarną”.

 

Poniżej przedstawiam bardzo piękną modlitwę za wstawiennictwem założyciela Zgromadzenia Księży Sercanów o. Dehona.

Wszechmogący Boże, źródło uświęcenia i miłości, błagam pokornie o łaskę (…. tutaj należy podać swoje prośby i błagania), która mi tak leży na sercu, żywiąc głęboką wiarę, że jej dostąpię za pośrednictwem sługi Bożego ojca Leona Jana Dehona. Nigdy, o Panie, opatrzność Twa nie zawodzi. Okaż mi ją i w obecnej potrzebie dla uczczenia sługi Bożego, który wszystko poświęcił, aby wypełnić swoje posłannictwo  wynagrodzenia względem Najświętszego Serca Jezusowego oraz zapewnienia zbawienia wiecznego ludziom. Amen.

Chwała Ojcu, i Synowi i Duchowi Świętemu – jak była na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen.

Chwała Ojcu, i Synowi i Duchowi Świętemu – jak była na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen.

Chwała Ojcu, i Synowi i Duchowi Świętemu – jak była na początku, teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen.

Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami, i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej Amen.

 

Podsumowanie

Jezus pozostawia nam w Błogosławieństwach swój własny portret, który pośrednio stanowi też portret Ojca, jako że Jezus jest przecież odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty. Możemy na to spojrzeć najpierw od strony zewnętrznej postawy (Jezus jest prawdziwym Bogiem), następnie od strony wewnętrznej dyspozycji (Jezus jest również prawdziwym człowiekiem).

Serce Jezusa jest czyste, ciągle widzi Ojca i jest z Nim doskonale zjednoczony. Jest miłosierny, gdy przyjmuje celników i nierządnice, ale też nie unika zaproszeń do domów faryzeuszy, którzy są jeszcze bardziej pogrążeni w ciemnościach niż tzw. publiczni grzesznicy. Czyni pokój, gdy uczy wszystkich miłości nieprzyjaciół, ucisza rozszalałe żywioły i gdy przywraca innym nadzieję poprzez swoje uzdrowienia. Wreszcie ponosi najwyższą cenę haniebnej śmierci krzyżowej za nieustanne pełnienie Bożej sprawiedliwości, która chce dać Izraelowi obiecane mesjańskie Królestwo.

Błogosławieństwa opisują w zwięzły, ale również i wyczerpujący sposób, to wszystko, do czego jesteśmy wezwani, aby dzielić szczęście samego Boga. Być zbawionym to widzieć Boga, doświadczać jego miłosierdzia i pokoju oraz być gotowym na wszystko, aby tego nigdy nie utracić. A to jest możliwe wtedy, gdy jest się całkowicie zależnym od Boga, lamentuje się nad wszystkim, co od Niego oddziela lub mogłoby oddzielać, uznaje się w pokorze, że się jest stworzeniem, a nie Stwórcą i pragnie się dla siebie, tego samego, czego Bóg pragnie dla nas.

Uczestniczy się w życiu samego Boga, jest się Jego domownikiem i dzieli się Jego los. Trudno o większą prostotę, aby opisać coś, w co wejrzeć pragną nawet aniołowie. Dzieje się tak być może dlatego, że Miłość, do której jesteśmy odwiecznie powołani, jest czymś/Kimś nieskończenie prostym, choć zarazem nieskończenie niepojętym.

Bibliografia

Jan Paweł II (2013), Osiem błogosławieństw, Kraków: Wydawnictwo M.

Bp Romaniuk Kazimierz (przekład) (2013), Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu (Biblia Warszawsko-Praska), Sandomierz: Wydawnictwo Diecezjalne.

Biblia Tysiąclecia (2002), Poznań: Wydawnictwo Pallottinum.

Augustyn J. SJ (2016), Osiem błogosławieństw, Częstochowa: Edycja Świętego Pawła.

Praca zbiorowa (2006) Biblia Tysiąclecia z komentarzami, Poznań: Wydawnictwo Pallottinum.

Ks. Chrostowski W. (2017), Osiem błogosławieństw, Kraków: Wydawnictwo Biały Kruk.

Ks. Stagraczyński J. (1886), Nauki katechizmowe o prawdach wiary i obyczajów katolickiego kościoła, Poznań: Wydane X. J. Stagraczyński.

Tugwell S. OP (1999), Osiem błogosławieństw, Poznań: Wydawnictwo W drodze.

Źródła internetowe: www.vatican.va www.opoka.org, www.niedziela.pl, www.katolik.pl, www.brewiarz.pl www.katolicki.net www.biblia.info.pl www.faustyna.pl www.kapucyni.pl www.jezuici.pl www.pijarzy.pl